Blog

"...jeśli masz dach nad głową, łóżko do spania, ubranie, trochę pieniędzy w kieszeni i jedzenie w lodówce... to i tak jesteś bogatszy w sensie materialnym niż 70% ludzi na Ziemi ...doceń to ..."

"...Przez ostatnie lata spisywałem moje podróżnicze obserwacje i refleksje głównie na profilu facebookowym. Chciałbym niektóre te wpisy przypomnieć tu na blogu. Będzie też kilka starych opowiadań lotniczych. Zapraszam do lektury..."

brak komentarzy

Nareszcie w Górach ( fragment I )

Jest to ostatni rozdział mojej ksiązki "Niedostępba Góra Papuasów" wydanej w 2001 roku przez Wydawnictw G&P

 

Nareszcie w górach (fragment 1 )

'Wyobraź sobie, że jest wojna i nikt na nią nie idzie'

 

        Wróciłem do Polski. W Europie czuło się obecność wojny w Jugosławii. NATO nadal bombardowało strategiczne cele w Kosowie. Odniosłem wrażenie, że wszyscy byli już zmęczeni tym, co działo się na Bałkanach. Również z odległej Indonezji docierały nie najlepsze wieści. Rząd w Jakarcie zgodził się na niepodległościowe referendum w Timorze Wschodnim przy udziale ONZ-tu, ale dochodziło tam do coraz częstszych konfliktów zbrojnych pomiędzy zwolennikami niepodległości Timoru a przeciwnikami oderwania tej prowincji od Indonezji. Cały czas istniała więc tam realna groźba wybuchu wojny domowej. Również wybory nie były jeszcze rozstrzygnięte, nadal bowiem nie podawano oficjalnych wyników. Wstępne rezultaty wskazywały tylko, że zwycięstwo uzyskała opozycyjna partia FDI pani Megawati przed rządzącą jeszcze prosuhartowską partią GOLKAR. To oznaczałoby koniec dominacji ludzi Suharto i zapowiedź zmian całej dotychczasowej polityki Indonezji.

        Zbliżało się lato i planowałem już nareszcie wspólny rodzinny wyjazd gdzieś w Polskę. W drugiej połowie czerwca, dokładnie po dwóch tygodniach od mojego powrotu, domowy telefaks wypluł mało czytelny list z Jakarty:

Szanowny Panie Jerzy Kostrzewa,

12 sierpnia tego roku obchodzimy w Indonezji dzień niepodległości. Dlatego chcieliśmy zorganizować dla 30 żołnierzy - członków Wojskowego Stowarzyszenia Alpinistycznego - i kilku studentów z Jakarty milenijną wyprawę na najwyższą górę Indonezji Puncak Jaya (Szczyt Wolności). Obchody miałyby miejsce w bazie u stóp góry. Być może niektórzy z uczestników zdobędą również szczyt. Do ochrony sierpniowej wyprawy wojsko oddelegowało pięciu komandosów z doborowej jednostki specjalnej armii indonezyjskiej. W związku z tym chcieliśmy już w lipcu, dokładnie 7, polecieć na Irian Jaya i przetrenować z komandosami wejście na najwyższy szczyt Indonezji. Mamy więc zaszczyt zaprosić do udziału w tym wyjeździe m.in. Pana i Kubę. Do naszej grupy dołączy też kilku wspinaczy z Europy: jeden Niemiec, trzech Austriaków i trzech alpinistów z Łotwy. Mamy nadzieję, że podczas tej wyprawy nasi komandosi wiele nauczą się i zdobędą niezbędne doświadczenie, ażeby w sierpniu poprowadzić rocznicową ekspedycję. Jeżeli zdecydujecie się na uczestnictwo, czekamy na Was 6 lipca w Jakarcie w Hotelu Karya. Odlot z Jakarty nastąpi już 7 lipca rano liniami lotniczymi AIRFAST, należącymi do kopalni Freeport.

Prosimy o potwierdzenie przyjazdu.

Monty Sorogan

Adventure Indonesia,                            Jakarta, 20 czerwca 1999 r.

(z szacunkiem i honorem dla George’a Mallory’ego „Wielkiego Człowieka Gór”[1])

Czyżby znowu wyjazdowa ruletka zaczęła się od początku? Dzwonię do Kuby. On również otrzymał fax z Jakarty podobnej treści. Na wyjazd zdecydował się natychmiast. Odniosłem nawet wrażenie, że niezdobyty dotąd przez żadnego Polaka Carstensz jeszcze bardziej go podniecał, a jako że Kuba był nauczycielem sportu - wyzwalał w nim wręcz ducha rywalizacji. Nie było czasu na dłuższe zastanowienia. Mój plecak po przyjeździe z Indonezji jeszcze stał w rogu pokoju nie do końca rozpakowany. Cóż, postanowiłem również polecieć. Szkoda może tylko kolejnych rodzinnych wakacji. Pomyślałem jednak, że i czas na wjazd na Irian Jaya był najlepszy z możliwych. Po wyborach powstało niewątpliwie zamieszanie w całej machinie indonezyjskiej biurokracji. Lokalni administratorzy i komendanci czuli już, że mogą stracić władzę. Od razu pomyślałem o „moim” komendancie z Jayapury, że być może i on odejdzie. Teraz był czas bezkrólewia. Zorganizowanie wyprawy właśnie w tym okresie było ze strony Monty`ego i grupy wojskowych bardzo dobrym posunięciem. A więc jedziemy.

        Tym razem lecieliśmy z Kubą przez Zurych i Singapur. Jeszcze na trzy dni przed odlotem gazeta „Rzeczpospolita” donosiła o kolejnych zajściach w Jakarcie: „Indonezyjska policja użyła broni palnej, by rozpędzić demonstrantów. Conajmniej 36 osób zostało rannych. Manifestanci domagali się delegalizacji partii Golkar i dymisji następcy Suharto, prezydenta Jusufa Habibiego”. A więc w Jakarcie mogło być bardzo gorąco. Byłem ciekaw co znowu przyniesie nam ta wyprawa.

Nasi starzy znajomi z Agencji czekali już na lotnisku. Zawieźli nas do hotelu Karya i zaraz tego samego wieczoru Monty Sorogan zorganizował spotkanie z żołnierzami-komandosami i z przewodnikami indonezyjskimi, którzy mieli brać udział w wyprawie.

Wszystko więc zaczynało wyglądać dużo bardziej realnie, niż podczas naszego pierwszego pobytu. Wtedy czas był gumowy, chociażby przy niekończących się dywagacjach na temat pozwoleń. Teraz wszystko wydawało się zaplanowane co do minuty. Wyczuwalny był też duży pośpiech przy organizacji wyprawy. Zapewne szef Agencji, Monty, obawiał się, że każdy dzień zwłoki może skończyć się niemiłą niespodzianką. Przeczuwał, że oddelegowani na wyprawę komandosi oddziałów specjalnych mogli być w każdej chwili wezwani do akcji gdzieś w Indonezji. I nasz wyjazd mógł skończyć się w Jakarcie. Należało więc jak najszybciej stąd uciec. Tutaj każdego dnia mogło dojść do kolejnego wybuchu niekontrolowanej demonstracji, a sytuacja w Timorze wymykała się spod jakiejkolwiek kontroli. Dodawało to pewnego dramatyzmu naszym poczynaniom, ale jednocześnie stwarzało nadzieję, że dotrzemy w końcu w niedostępne góry Nowej Gwinei. Okazało się także, że oddziały specjalne, do których należą nasi komandosi, chronią również kopalnię Freeport. Fakt ten jeszcze bardziej przekonywał mnie, że przejdziemy niedostępny Freeport i dotrzemy w góry, a komendant w Jayapurze niewiele będzie miał do powiedzenia.

Podczas wspólnej kolacji pojawili się trzej Łotysze. Jeden z nich, starszy już wiekiem alpinista Ivars Sedlenieks, odznaczony kiedyś orderem bohatera Związku Radzieckiego, brał udział w wielu radzieckich wyprawach, zwanych wtedy szumnie i dumnie „narodowymi”. Jego zmęczona i poorana zmarszczkami twarz mogła niejedno powiedzieć o alpinistycznych, a może też politycznych przeżyciach. Nie dotarli jeszcze Niemiec i Austriacy, którzy mieli przylecieć następnego dnia. My z kolei już o trzeciej w nocy mieliśmy polecieć prosto do Timiki, należącymi do kopalni liniami AIRFAST. Wszyscy razem mieliśmy spotkać się dopiero w Timice.

  • To wyjątkowy wyjazd – mówił Monty. – Wyobraźcie sobie, że do naszej grupy dołączy z Austrii przyjaciel i uczeń Heinricha Harrera[2] - Klemens Ganner. Wiezie dla mnie prezent - książkę pierwszego zdobywcy Piramidy Carstensza pt. „Przychodzę z epoki kamiennej”, z dedykacją od samego autora dla naszej Agencji Adventure Indonesia! Mając takie wsparcie duchowe i takich uczestników, musimy wejść na Carstensza!

Monty przedstawił nam na kolacji kapitana Ivana, który dowodzić będzie grupą komandosów, oraz  przewodnika górskiego Rudiego. Ten ostatni już wielokrotnie wprowadzał wpinaczy na Piramidę Carstensza. Jest doświadczonym himalaistą, dwa lata wcześniej brał udział w narodowej indonezyjskiej wyprawie na Mt. Everest. Wyglądało na to, że - w porównaniu z naszym wcześniejszym pobytem – Agencja ma teraz wszystko zaplanowane na sto procent.

        Po ośmiu godzinach lotu i międzylądowaniach w Surabaya i Ujung Pandang dolecieliśmy do Timiki. Prawie cztery tysiące kilometrów - to naprawdę daleko. Sam lot z Jakarty do Timiki kosztował więcej niż z Warszawy do Jakarty, mimo że Europa oddalona jest od Jawy o ponad 10 tysięcy kilometrów. Jednak wewnętrzne linie indonezyjskie są nieproporcjonalnie drogie, a linie AIRFAST tym bardziej. Są to zresztą wyjątkowe linie lotnicze. Należą do kopalni Freeport i obsługują przewozy swoich pracowników z Jawy na Irian Jaya. Posiadają nowoczesne Boeingi, a na lotniskach osobne terminale. Linia jest prywatna, a loty są niedostępne dla kogoś, kto nie jest związany z największą kopalnią złota, miedzi i srebra na świecie.

Dolecieliśmy do Timiki wczesnym popołudniem lokalnego czasu. Trzeba było tylko znowu przestawić zegarki o dwie godziny do przodu. Tak więc różnica czasu pomiędzy Nową Gwineą a Polską wynosiła już dziesięć godzin.

Wstępnie mieliśmy nocować w „Sheratonie”, ale chyba z powodu wysokich kosztów zakwaterowano nas w hotelu „Serayu”. A więc wróciłem dokładnie w to samo miejsce, w którym spałem dwa miesiące temu. Hotelowa obsługa była zaskoczona moją ponowną obecnością tutaj. Ja natomiast czułem się jak u siebie. Wyszło na to, że to ja zostałem przewodnikiem całej grupy po hotelu i po Timice. Zaprosiłem wszystkich na piwo do „Sheratonu”, żeby przedyskutować plany na następny dzień. Cała grupa musiała czekać na wspinaczy z Niemiec i Austrii.

 W grupie Łotyszy, oprócz wspomnianego bohatera alpinizmu, było jeszcze dwóch młodych wspinaczy: Ilgvars Pauls i Peteris Kolis. Ilgvars był na drodze do zrobienia Korony Ziemi jako pierwszy Łotysz. Najmłodszy Peteris sprawiał wrażenie, iż jest sponsorem swoich kolegów, a jego przyjazd tutaj łączył się raczej z chęcią przeżycia niecodziennej przygody, a nie z wejściem na najwyższy szczyt pomiędzy Himalajami a Andami.

W „Sheratonie” spotkałem się znowu z Ursem Klee. Nie krył swojego podziwu, iż udało mi się wreszcie dotrzeć z legalną wyprawą do Timiki i realizować górskie fanaberie. Opowiedziałem mu swoje przygody w Jayapurze, spotkanie z Budim i eskapadę do Doliny Baliem. Urs był trochę zdziwiony, że zatrzymaliśmy się w „Serayu”, a nie u niego w hotelu. Wspomniał tylko, że jego dni są już tu policzone i prawdopodobnie we wrześniu opuści niebezpieczny Irian Jaya, aby przenieść się do pracy w Malezji. Zaprosił mnie nawet do odwiedzin.

Następnego dnia wcześnie rano dotarli do Hotelu „Serayu” Niemiec Karl Winner i rodzina Austriaków - Klemens i Ingrid Ganner z synem Petterem. Byli tak zmęczeni po tych wszystkich lotach z Europy i przesiadkach, że praktycznie cały dzień spali. Ja natomiast z kapitanem Ivanem i Kubą pojechałem przed południem do amerykańskiego osiedla Kuala Kencana. Chcieliśmy zrobić ostatnie wyprawowe zakupy żywności. Tym razem, jadąc do tego zamkniętego osiedla wojskowym samochodem w towarzystwie kapitana Ivana, nie musiałem już obawiać się o jakiekolwiek problemy na punktach kontrolnych. Supermarket w Kuala Kencana niczym nie różnił się od podobnych w Europie czy Ameryce. Zaskoczyły nas też ceny żywności, które były znacznie niższe, aniżeli w Jakarcie czy Polsce. Kapitan Ivan wspomniał tylko, że towary tu  sprzedawane są dofinansowywane przez kopalnię. Zupełnie niepotrzebnie targaliśmy z Kubą przez pół kuli ziemskiej przeróżne polskie konserwy!

Dopiero po dwóch dniach pobytu w Timice wcześnie rano zabrano nasze wszystkie bagaże do Tembagapury. Parę godzin później wsiedliśmy do obszernej terenowej Toyoty. Pogoda była nienajlepsza. Kiedy byłem w Timice pierwszy raz, codziennie zaczynało padać po południu. Tym razem lało od rana. Trochę przejaśniało się między godz. 7.00 a 8.00, a potem już bez przerwy padał deszcz. Jechaliśmy dobrze utrzymaną krętą drogą górską. Czasami na podjazdach droga była z betonu, ale  zazwyczaj nawierzchnia była szutrowa. Przypominała mi do złudzenia słynną kanadyjską Alaska Highway. Niewykluczone, że wiele tamtych drogowych doświadczeń zostało tu wykorzystanych przez budujących tę drogę Amerykanów.

  • To arteria życia dla Freeportu - krzyczał kierowca naszego samochodu. – Jedyne połączenie między kopalnią położoną w górach a portem Amamapare na południowym wybrzeżu. Po drodze jest tylko Timika i górnicze zamknięte miasto Tembagapura, do której jedziemy. Droga ma ponad sto kilometrów. Podobnie jak wszystkie pojazdy poruszające się po niej - należy do kopalni. Spójrzcie jak duży ruch tu panuje.

Rzeczywiście, bez przerwy mijaliśmy wielkie, wolno poruszające się ciężarówki lub żółte amerykańskie autobusy. Robiło to wrażenie, gdyż samochody miały zapalone światła i majestatycznie wynurzały się z panującej tego dnia mgły i deszczu. Do tego komentarz kierowcy, który świetnie pełnił rolę naszego przewodnika, przypominał narracje filmu zrealizowanego przez National Geographic.

  • Tą jedyną drogą - kontynuował - przejeżdża dziennie kopalnianymi autobusami około 20 tysięcy pracowników, a w wahadłowym ruchu jest na tej drodze w ciągu dnia ponad tysiąc ciężarówek. Wszystkie towary sprowadza się tu spoza Irian Jaya. Wyobraźcie sobie, że mieszkańcy górniczego miasteczka Tembagapury w ciągu jednego tylko miesiąca zjadają aż milion jaj i ponad 500 ton wszelakiej żywności. Załoga licząca około 200 ludzi utrzymuje 24 godziny na dobę drogę w stanie pełnej przejezdności. Gdyby tę drogę zostawić bez konserwacji na kilka dni, potrzebny byłby co najmniej jeden miesiąc prac, by przywrócić ją do stanu pierwotnego. Padające tu bez przerwy deszcze - więcej niż 10 metrów opadu na rok - i ciężki ruch zniszczyłyby bardzo szybko szutrową nawierzchnię. Co roku trzeba dosypać aż 25 cm szutru.

W pewnym momencie zatrzymaliśmy się na poboczu. Na zewnątrz nadal lało. Ale wszyscy chcieli rozprostować trochę kości, więc wysiedliśmy na chwilę z samochodu.

  • To jeden z bardziej niebezpiecznych zakrętów w drodze do Tembagapury - pokazywał kierowca.  - Za nim jest już tylko 300 metrowa przepaść. Na tym zakręcie zastosowano bardzo ciekawe barierki. Ustawione pionowo opony zatopiono do połowy w betonie i połączono grubą stalową liną. To pomysł naszych inżynierów. Działa rewelacyjnie. Kilka lat temu właśnie na tym zakręcie wypadł autobus z 64 pasażerami. Uderzył o barierki, ale na szczęście lina i opony wytrzymały i nikomu nic się nie stało. Przy tradycyjnych betonowych barierkach autobus zapewne spadłby w przepaść.

Staliśmy tak przez chwilę, patrząc w dół na dno urwiska. Dobrze wiedzieć, że ta wyglądająca na wielką prowizorkę barierka może być również dla nas ostatnią deską ratunku. Oby jednak do tego nie doszło! Moją uwagę zwróciły poprowadzone wzdłuż pobocza kolorowe rury.

- Cóż to takiego? – zapytałem.

- Rurociąg złota i miedzi. Kilka lat temu, kiedy kopalnia zwiększyła wydobycie i zaczęto eksploatować górę Grasberg, powstał problem transportu rudy z gór na dół, do portu. W tym celu zbudowano ten rurociąg, którym przepycha się koncentrat zmielonej rudy z kopalni wprost na stojące w odległości ponad 100 km specjalistyczne statki. Doskonały pomysł! I pomyśleć, że tymi rurami płynie prawie 10% światowej produkcji miedzi, a w niedługim czasie będzie to już 20%. Nie wspomnę już o złocie, czy srebrze.

Jechaliśmy dalej. Droga nadal pięła się serpentynami na porośnięte dżunglą wzgórza i ginęła gdzieś wysoko we mgle. Czasami wolno wjeżdżaliśmy w mroczne tunele, a silnik ciężko pracował na stromych podjazdach. A przecież gdzieś za tymi górami leży Dolina Baliem, której mieszkańcy, żyjąc tak jak w epoce kamiennej, nie wiedzą być może o drodze pełnej ciężarówek, Tembagapurze, kopalni i innych cudach naszej cywilizacji. Dojechaliśmy do miejsca, z którego w dole, w malowniczej kotlinie, ukazały się czerwone dachy domów Tembagapury. Z leżącej na poziomie morza Timiki w ciągu dwóch godzin wjechaliśmy na wysokość 2600 m, a teraz powoli zjeżdżaliśmy już 700 m w dół do „miasta miedzi”.

        Zawieźli nas pod budynek koszar wojskowych oddziałów specjalnych, stacjonujących tu w celu ochrony kopalni. Kapitan Ivan zakomunikował tylko, że dziś śpimy tu, a jutro najprawdopodobniej wyjedziemy w góry. Po południu wspólnie z Łotyszami wyszliśmy na spacer po Tembagapurze, która standardem domów, ulic, sklepów przypominała podobne miasta w Ameryce. Tylko że ta górska miejscowość jest prywatnym, kopalnianym osiedlem. Samochody nie mają normalnych rejestracji, tylko boczne numery, a wszędzie płaci się kopalnianą plastikową kartą. Mieszka tu około 15 tysięcy pracowników, głównie robotników i inżynierów z całej Indonezji i nie tylko. Większość z nich - z dala od domu i rodzin. Różnica pomiędzy tym osiedlem a położonym koło Timiki  Kuala Kencana jest taka, że tam mieszka głównie wyższy personel z rodzinami. Tutaj żyją pracownicy niższego szczebla i robotnicy, bardzo często bez rodzin. Ale dla wszystkich  mieszkańców miasteczko może być atrakcyjne. Kopalnia bowiem pobudowała nowoczesny sportowy kompleks, przykryty dachem. Są boiska do siatkówki, piłki, tenisa, basen kąpielowy. Zauważyłem też chrześcijańską kaplicę i mały meczet. Był też supermarket, biblioteka i nowoczesna szkoła, bary i kafejki. Dotarliśmy nawet do krytej ściany wspinaczkowej. Okazuje się, że ten górniczy kombinat ma swój klub wspinaczkowy! Kiedy weszliśmy do hali, akurat pod sufitem trenowali członkowie sekcji alpinistycznej P.T. Freeport. Jako skałkowcy, byli wręcz akrobatami. Nikt z nas nawet nie próbował przymierzyć się do pokonania ekstremalnie trudnej drogi na ściance.

Wieczorem nasz kapitan Ivan ze swoją czwórką komandosów zaprowadził całą grupę do ekskluzywnej restauracji na inauguracyjne piwo. Siedzieliśmy przy dobrej muzyce i piliśmy prawdziwego Heinekena. Nawet zjeść można było równie dobrze jak w Nowym Jorku czy Berlinie. W takich momentach znowu przypominały mi się plemiona tubylców, żyjące tak, jak tysiące lat temu, tuż nieopodal, może nawet przy granicy z kopalnią. Wcześniej, jeszcze przed moją pierwszą podróżą na Nową Gwineę, nie podejrzewałem, że w sercu tej wyspy tak blisko siebie żyją dwie, zupełnie różne i odległe, cywilizacje.

Tej nocy spaliśmy na podłodze malutkiego koszarowego pokoiku. Był to wyjątkowo nieprzyjemny nocleg. Co chwilę ktoś potykał się o mnie, idąc do ubikacji, lub wracając z niej. Rano z kolei zamiast szczoteczki do zębów i mydła, komandosi wypakowali ze swych plecaków broń i na oczach wszystkich zaczęli zabawiać się swoimi pistoletami. Czyścili je, ładowali, rozładowywali.

  • Po co wam ta broń? – zapytałem lekko przerażony, obserwując nie do końca zrozumiałe dla mnie zabawy. Prawdę mówiąc, nigdy nie byłem w wojsku, a broń w każdej postaci zawsze budzi we mnie przerażenie.
  • Lepiej, żeby się nie przydała – odpowiedział jeden z wojskowych. - Ale naszym zadaniem jest ochrona wyprawy. Bez nas nie wpuściliby nikogo z was na teren kopalni, ani nie pozwoliliby wyjść w góry. Takie są tu zasady. Wojsko jest konieczne i dobrze, że tę broń mamy przy sobie. To budzi respekt. Kiedy jesteś już w górach, nigdy nie wiesz, czy przypadkowo nie natkniesz się na papuaskich rebeliantów.

Generalnie uczestnicy wyprawy nie martwili się o nic. Wszystko było na głowie kapitana Ivana, komandosów i naszych przewodników. W zasadzie nie wiedzieliśmy jak długo jeszcze pozostaniemy w Tembagapurze. Czy będziemy spać tu jeszcze jedną noc, czy nie. Mówiło się, że być może tego ranka za godzinę lub dwie wyjedziemy w góry. Odniosłem nawet wrażenie, iż celowo nie  informuje się nas o dokładnej godzinie wymarszu, ażeby tylko nikt z uczestników nie oddalał się zbyt daleko od koszar i zbyt wiele nie widział. W południe było już wiadomo, że wyruszamy natychmiast po obiedzie. Zawieźli nas przedtem do kopalnianej stołówki. Czynna od godziny 3.00 w nocy do 22.00 jadłodajnia serwowała potrawy z całego świata. Od pizzy po amerykańsku i włoskiego spaghetti przez chińskie i indyjskie potrawy, aż po wyszukane muzułmańskie dania. Można było śmiało powiedzieć, że jest to restauracja multikulturowa. Wszak śniadania, obiady czy kolacje jedzą tu pracownicy kopalni, którzy pochodzą z różnych stron świata. Po wyjściu z restauracji okazało się, że w całej grupie brakuje nam Kuby. Zniknął gdzieś na zapleczu jadłodajni. Po kilku minutach trąbienia klaksonem postanowiłem go odszukać. Wszedłem od tyłu do kuchni i ku mojemu zdziwieniu usłyszałem wyraźnie jak Kuba rozmawia z kimś po .... polsku.

  • Jestem Mucha – przedstawił się łamaną polszczyzną rosły, barczysty mężczyzna. - Właśnie rozmawiamy z twoim przyjacielem o tym nieprawdopodobnym spotkaniu i o tym, że jesteście pierwszymi Polakami z Polski, których spotkałem na Irian Jaya. A pracuję tu ho, ho, osiem długich lat.

Pan Mucha okazał się Australijczykiem polskiego  pochodzenia. Niestety, nigdy nie był w kraju swojego ojca. Urodził się w Anglii po drugiej wojnie światowej, tam też chodził do polskiej szkoły. Teraz pracuje dla kopalni i  - jak się okazało  - jest właśnie szefem tejże restauracji.

  • Szkoda, że się spieszycie, chłopaki – zwrócił się do nas z szerokim uśmiechem. – Koniecznie musimy się spotkać, gdy wrócicie z gór. Ale nie tu. Nie lubię tego miejsca. Tutaj w Tembagapurze czuję się jak na wygnaniu. Wszyscy, którzy tu przyjeżdżają do pracy, mówią, że to miejsce jest jak Syberia Indonezji. Jest tu zimno, mokro, mglisto i ponuro. Żyjemy w tych mrocznych górach na dnie głębokiej doliny, gdzie słońce rzadko zagląda. I na dodatek wszędzie stąd daleko. Podobno gdy zaczęli kopać pierwszą rudę jeszcze w latach siedemdziesiątych, osiedle wyglądało jak obóz dla jeńców wojennych. Teraz na szczęście zrobili tu małą Amerykę. Na dole, u mojego brata w Kuala Kencana jest inaczej. Zrobimy tam grilla i coś wypijemy. On pracuje w zarządzie kopalni. Ale żeby was to nie zdziwiło, mój brat nie nazywa się Mucha, tylko Gąsior. Mamy tę samą matkę Angielkę, ale dwóch różnych ojców, właśnie Muchę i Gąsiora. Obaj byli Polakami i służyli w Armii Generała Andersa.

Nieprawdopodobna historia - dwóch braci polskiego pochodzenia, żyjących tu, na końcu świata, z tak charakterystycznymi polskimi nazwiskami jak Mucha i Gąsior!

  • Słyszałem, że w Polsce wiele się zmieniło.
  • Dobrze słyszałeś. – odpowiedziałem - Myślę, że największą zmianą jest to, że wcześniej nigdy przedtem nie byłoby możliwe takie spotkanie z Tobą tutaj, w niedostępnej kopalni. Po prostu granice stały się dla nas otwarte. Rozumiesz, swoboda poruszania się. Choć nie ukrywam, że nadal barierą są pieniądze, podobnie zresztą jak dla wszystkich na całym świecie.

Po tym krótkim spotkaniu rodaków, wróciliśmy do samochodu. Zawieźli nas jeszcze raz pod koszary. Tutaj czekali już miejscowi tragarze zwerbowani prawdopodobnie gdzieś na dole w Timice. Ich twarze nie przypominały tych, jakie widziałem jeszcze w maju w Dolinie Baliem. Było to już kolejne pokolenie miejscowych, którzy mieli kontakt z białymi. Tragarze wsiedli do ogromnego zielonego autobusu, który bardziej przypominał ciężarówkę. My natomiast wsiedliśmy do drugiego, równie potężnego, ale żółtego. W autobusie kapitan Ivan i pracownicy kopalni przestrzegli wszystkich, ażeby pod żadnym pozorem nie fotografować drogi i innych urządzeń na terenie kopalni. Po dziesięciu kilometrach wspinania się szutrową drogą dojechaliśmy do dolnej stacji kolejki linowej. Na początku lat 70., kiedy ją uruchomiono, była najdłuższą kolejką tego typu na świecie. W budowie zatrudniono najlepszych specjalistów ze Szwajcarii. Stąd kolejka ma przenieść nas nad ogromny 680-metrowy skalny uskok. Ten to właśnie uskok był w 1936 roku dla pierwszych holenderskich wspinaczy Dozy`ego, Colijna, Wissela najtrudniejszą przeszkodą w marszu do masywu Carstensza. Mamy chyba szczęście, że docieramy w te góry drogą dawnych zdobywców, to znaczy od południa. Może trochę żal, że pozbawieni jesteśmy całej wspaniałej drogi dojścia. Bez przeszkód w kilkanaście minut kolejką osiągamy wysokość 3600 m. n.p.m. Nie wiem czy celowo wybrano dla nas deszczową i mglistą porę dnia, gdyż niewiele można było zobaczyć z okien wagonika, który zanurzał się tylko w szarej mgle. Ale i tak to, co zdążyłem zaobserwować, to, co majaczyło poniżej wagonika i dawało obraz ogromu kopalni i zniszczeń dokonanych w tych dzikich górach, wywarło na mnie ogromne wrażenie. Spod kurtki zdążyłem nawet zrobić kilka niedozwolonych zdjęć.

Jeszcze do niedawna kolejka służyła do zwożenia z gór całego kopalnianego urobku. Wagonik mógł przewieść jednorazowo 17 ton rudy. W tej chwili kolejka służy wyłącznie do przewozu pracowników i sprzętu. Rudę natomiast zrzuca się z wielkiego uskoku w dół, następnie mieli się ją w ogromnych młynach, poddaje obróbce, a dalej transportuje już rurociągami do portu na wybrzeżu. Kopalnia pracuje 24 godziny na dobę. Nie wiem ile w tym prawdy, ale ocenia się, że dziennie Freeport wydobywa rudy za około 10 mln dolarów! I pomyśleć, że w jednej tonie rudy z Grasbergu jest zaledwie kilka gram złota i tyleż samo miedzi! Ileż ton rudy trzeba tu wykopać, żeby dalej, gdzieś w Australii, wytopić z niej błyszczącą sztabę tego kruszcu? Przecież oni te góry niedługo rozbiorą.

Górna stacja kolejki położona jest na krawędzi długiego płaskowyżu, nazwanego jeszcze przez grupę Dozy`ego w 1936 roku Carstenszweide – Łąka pod Carstenszem. Tu Holendrzy rozbili swoją bazę, a młody geolog Jean Jacques Dozy dokonał odkrycia rudonośnych gór Ertsberg i Grasberg. Stare fotografie z tamtej ekspedycji niczym nie przypominają obecnego płaskowyżu. Teraz wygląda tu jak na Księżycu.

Mieliśmy cholernego pecha. Mgła była tak gęsta, że słynne odkrywki Grasberg i Ertsberg nie były widoczne. Z górnej stacji kolejki powieźli nas szeroką drogą do granic kopalni. Po drodze na Carstenszweide mijały nas wyglądające jak gigantyczne monstra ciężarówki, wypełnione po brzegi kamieniem. Ich koła były wyższe od naszego autobusu!

  • To największe na świecie wywrotki, można załadować na nie aż 218 ton rudy –krzyknął ktoś z kopalnianej obsługi naszej grupy.

Podczas całej drogi  przez kopalnię nie spuszczano nas z oka. Poza komandosami towarzyszyła nam cywilna opieka Freeportu. Dotarliśmy do ostatniego punktu kontrolnego u wejścia do doliny Meren. Po wyjściu z autobusu dobiegał do nas gdzieś zza ściany mgły ciężki i ostry zarazem warkot kopalnianych koparek. Pamiętam zdjęcie z magazynu „National Geographic” pokazujące odkrywkę Grasberg. Na szczyt tej „góry złota i miedzi” zbudowano spiralnie biegnącą drogę. Prosto z tej drogi ogromne kopary rozbierały swymi łopatami górę, kamień po kamieniu, ładując rudę na gigantyczne wywrotki. I pomyśleć, że ten proceder rozbierania gór ma trwać tu jeszcze dziesiątki lat! Gdzie ja wylądowałem? – myślę. Miały to być „dziewicze góry Nowej Gwinei”, a jest to miejsce największej katastrofy ekologicznej tej wyspy i całej Indonezji. Ale rząd tego kraju i bogaci tego świata czerpią krociowe profity z tej ziemi. Trudno im pogodzić chęć zysku z zagładą środowiska. Jednak zniszczenia są tu nieodwracalne, a kopalnia ukrywa negatywne skutki wydobycia. Zatrute rzeki, spływające w kierunku Morza Arafura, niosą ławice śniętych ryb, a okoliczne odwieczne lasy usychają. Jest to szok i początek końca dla prastarych mieszkańców tych ziem, dla których lasy i rzeki są podstawą życia. Co prawda, rząd utworzył na tym obszarze największy w Indonezji Park o powierzchni 21500 km² pod nazwą Rezerwat Lorenza, obejmujący obszar od lodowców masywu Carstensza poprzez deszczowe lasy na południu aż po bagniste moczary na wybrzeżu. Ale jednocześnie ten sam rząd wydał koncesje dla kopalni Freeport, rozszerzając jej teren eksploatacji z 100 km² do 26 000 km²! W tej chwili teren należący do kopalni bezpośrednio graniczy z mniejszym powierzchniowo rezerwatem. Trudno przewidzieć skutki takiej decyzji dla niepowtarzalnego charakteru Gór Śnieżnych. Na pewno ucierpi to miejsce, gdzie nadal spotkać można unikalne, endemiczne gatunki zwierząt i roślin oraz lodowce pod równikiem. Szkoda, gdyż nie mamy takich miejsc zbyt wiele na Ziemi. Dlatego tym bardziej powinno się dołożyć  wszelkich starań, aby uchronić je przed całkowitym zniszczeniem.

Jaka to ulga, że mogę się stąd oddalić. Początkowo błotnisty, ciężki szlak prowadził doliną Meren przez niezbyt gęsty, karłowaty las. Nie szliśmy razem, każdy podążał do przodu swoim tempem. Po godzinie dotarłem pod wysoką, może 120-metrową skalną ścianę, pod którą czekali wszyscy tragarze. Ciemna ściana miała charakterystyczne żółte pionowe pręgi. Nazywano ją „zebrą”. Ponieważ była od swej podstawy silnie przewieszona, stanowiła suche, przyjemne miejsce do odpoczynku. Pod ścianą  - ku mojemu zdziwieniu  - oprócz tragarzy siedziała drobna papuaska kobieta z maleńkim dzieckiem na ręku. Obok niej było jeszcze dwoje młodych Papuasów. Wszyscy otuleni w koce wyglądali na wyjątkowo zmęczonych i zziębniętych. Podobno przyszli tu z drugiej, północnej strony wielkiego masywu Gór Śnieżnych. Szli z dalekich wiosek oddalonych stąd o co najmniej dziesięć dni pieszej wędrówki. Przeszli Przełęcz Nowozelandzką i zamierzają teraz dotrzeć gdzieś w pobliże Timiki. To nieprawdopodobne, ale oni w ogóle nie posiadają obuwia - przez góry szli boso! My wszyscy - ubrani w ciepłe polarowe swetry, goreteksowe kurtki, czapki i wodoszczelne, wysokie, górskie buty  - patrzyliśmy z niedowierzaniem. Poczęstowaliśmy ich ciastkami i czekoladą. Odniosłem wrażenie, że dla nich ta wędrówka jest jak podróż życia, wejście do Nowego Świata. Ale jest też w tym wiele tragizmu. Przecież na ich oczach rozbiera się ich własne, magiczne góry! Zawsze, kiedy grupy Papuasów przechodziły w pobliżu Carstenszweide w pogoni za zwierzyną, spoglądały z namaszczeniem na górę Grasberg. Była  inna od pozostałych, zalesionych wzgórz. Grasberg w bardzo dziwny sposób pozbawiony był drzew i to właśnie stanowiło dla miejscowych zagadkę. Intuicyjnie wyczuwali, że jest to ważna góra. Nie mylili się. Dawno już zauważyli tę geologiczną anomalię, która okazała się później największą odkrytą górą złota na Ziemi. Miejscowe plemiona Amungme, zamieszkujące tereny niedaleko kopalni, dziś mówią nawet, że wielkie koparki „wykopują ich matczyny mózg”.

Przesiedziałem może z pół godziny pod wielką ścianą „zebry”. Kopalnia zawsze obawia się miejscowych plemion przychodzących z drugiej strony gór. Nierzadko też ze strony północnej docierali tu partyzanci z O.P.M., nie koniecznie z pokojowymi zamiarami. Dla ludzi z O.P.M. kopalnia Freeport jest symbolem władzy indonezyjskiej w Irian Jaya. Często zdarzały się z ich strony ataki na kopalniane urządzenia. Niszczono taśmociągi, podpalano składy paliwa, demolowano laboratoria. Naturalnie, Freeport wzmocnił wojskową ochronę kopalni. A jeżeli jakiekolwiek grupy papuaskie dotrą z północy do granic kopalni, chcąc przez nią przejść, ochrona natychmiast podstawia autobus i przewozi ich na dół do Timiki. Być może tam szukają lepszego nowego życia.

Od ściany „zebry” do miejsca, które wybrano na obóz bazowy, lekki marsz trwa około  dwóch godzin. Po przyniesieniu naszych worów, tragarze natychmiast zbiegli w dół. Namioty rozbiliśmy tuż przy malowniczym jeziorku o kolorze szmaragdu, w górnej części doliny Meren. Zauważyłem, że nie wszyscy czuli się tu dobrze. W ciągu zaledwie kilku godzin z Tembagapury, leżącej na wysokości 1900 m. n.p.m, znaleźliśmy się w bazie na wysokości 4200 m. n.p.m. Na silny ból głowy skarżyli się szczególnie komandosi. Wysokość dawała o sobie znać. Nawet tu, na 4000 metrów, istnieje niebezpieczeństwo choroby wysokościowej. Potrzeba trochę czasu - kilka dni  - na dobrą aklimatyzację. Wspólnie z Kubą rozbiliśmy nasz namiot. Komandosi i przewodnik Rudi zbudowali tuż przy nas bazową kuchnię, rozpinając nad nią wielką zieloną plandekę. Przez najbliższy tydzień będzie to nasze miejsce przygotowywania posiłków i wspólnych spotkań. Indonezyjczycy gotowali na starych i głośnych benzynowych maszynkach. W plandece nad paleniskiem brak było, niestety, jakiejkolwiek dziury, która służyłaby jako otwór wentylacyjny. W związku z tym pod sufitem zbierały się benzynowe spaliny i zbyt długie przesiadywanie przy rozpalonych juwlach[3] powodowało, iż chciało mi się wymiotować. Najlepiej było więc leżeć nisko przy ziemi, ale i tak ostry smród spalin wyciskał łzy z moich oczu. Na szczęście, zabrałem ze sobą gazowe kartusze i maszynkę, dzięki czemu nawet podczas ulewy mogliśmy bezpiecznie gotować we własnym namiocie, z dala od benzynowego smrodu.

Następnego dnia rankiem obudziło mnie walenie ciężkiego deszczu o ściany tropiku. Nasz namiot, wczoraj niezbyt solidnie rozbity, zaczął przeciekać. A przez przedsionek, w którym stały buty, płynęła struga wody.

  • Jak na pierwszy dzień naszej aklimatyzacji i odpoczynku, to chyba dobra pogoda – rzuciłem na powitanie.

Po śniadaniu deszcz jakby przestał na chwilę padać. Niebo jednak nadal zakryte było gęstymi, czarnymi chmurami, co nie wróżyło tego dnia żadnej poprawy pogody. Mimo to postanowiliśmy całą grupą wyruszyć na krótki rekonesans pod ścianę Carstensza. Nikomu nie przeszkadzała perspektywa deszczu. Zresztą gdybyśmy w tych górach chcieli czekać na pewną pogodę, to podejrzewam, że nigdy nie wyszlibyśmy w ogóle poza bazę. Aby dostać się pod naszą górę, musieliśmy przejść do sąsiedniej Żółtej Doliny, pokonując wysoką grzędę. Ścieżka wznosiła się w górę i kluczyła pomiędzy dużymi skalnymi blokami. Była dobrze oznaczona kopczykami z kamieni. Może po dwudziestu minutach podchodzenia dotarliśmy na szczyt grani. Wszyscy przystanęli, nikt nie ukrywał podniecenia. Przed nami ukazała się północna ściana Piramidy Carstensza.

  • Jest! – krzyknąłem z zachwytem do Kuby. – I nawet ją dobrze widać.

Poczułem się prawie jakbym był już na górze. Nareszcie niedostępna góra stała przede mną! Ileż czasu zabrało dotarcie tu! Podobno Kanadyjczyk Pat Morrow, pierwszy zdobywca Korony Ziemi, walczył o pozwolenie przejścia przez kopalnię i dojście pod Carstensza aż 17 miesięcy. Był to rok 1986. Negocjacje z Indonezyjczykami prowadzone były przez polityków najwyższego szczebla. My walczyliśmy samotnie ponad trzy lata, żeby chociaż spojrzeć na Piramidę z tak bliska.

Zeszliśmy w dół do doliny. Teraz można było podejść bliżej i dokładniej przyjrzeć się pionowej, ponad 600-metrowej wysokości ściany Piramidy Carstensza. Ze swoimi ogromnymi i solidnymi płytami wyglądała na bezpieczną do wspinania. Wzbudzała jednak respekt - nie wyglądała na łatwą. Do tego ciemnoszary kolor wapiennej skały dodawał jej dramatyzmu. Mieliśmy pójść drogą tzw. klasyczną, czyli śladem grupy Harrera i jego pierwszego wejścia w 1962 roku. Droga prowadzi po skosie ku zachodniej grani, po czym długim odcinkiem tejże grani ma wyprowadzić nas na szczyt. Zwykle pokonanie całej drogi na szczyt i z powrotem do podnóża zajmuje ponad dwanaście godzin.

- Dla Harrera była to ponoć najtrudniejsza wyprawa życia. Miał wówczas dokładnie pięćdziesiąt lat, a więc był młodszy ode mnie o trzy lata – odezwał się Klemens, a w jego oczach dało się zauważyć lekkie przerażenie, kiedy tak spoglądał ku górze.

Klemens Ganner, który przywiózł do Jakarty książkę Harrera z dedykacją dla Monty’ego, zna dobrze autora - był jego uczniem. Przed wyjazdem Klemensa na Nową Gwineę Harrer dokładnie poinstruował swego znacznie młodszego przyjaciela o tajemnicach całej drogi. Klemens przywiózł z Austrii ducha pierwszych zdobywców, którzy pokonali tę ścianę i stanęli na najwyższym szczycie pomiędzy Himalajami a Andami. Czy to nie wspaniałe? I nam udzielała się ta atmosfera.

Jeszcze przez chwilę wypatrywaliśmy szczegółów drogi, kiedy górną jej część zaczęła powoli przykrywać mgła.

- Rudi – zapytałem – ta góra ma tyle nazw, jak właściwie ją nazywacie: Carstensz czy Jaya?

- Dla nas Indonezyjczyków jest to Puncak Jaya, czyli Szczyt Zwycięstwa, choć ostatnio wraca się do starej holenderskiej nazwy Carstensz. Natomiast miejscowi z plemienia Amungme nazywają ją Nemang Kawi. Dani z kolei wołają Ndugundugu. Chociaż oni tą nazwą określają wszystkie te szczyty wokoło.

        Tego popołudnia cała grupa siedziała w obozowej kuchni. Rudi serwował dla wszystkich Nasi Goreng – indonezyjski ryż smażony z dodatkiem warzyw i kurczaka. Tym razem do gotowania nie używano benzynowych prymusów. Komandosi zbudowali z kamieni maleńki piec polowy, naznosili gałęzi i rozpalili delikatny ogień. Dym świdrował w nosie, a jego zapach przypominał klimaty starych tatrzańskich bacówek. Nie było tylko wśród nas Ingrid i Petera Ganner. Syn Klemensa czuł się ostatniej nocy fatalnie. W dzień nasiliły się wymioty i musiał zejść w towarzystwie matki i jednego z komandosów na dół, do kopalni. To najlepsze lekarstwo na tą wysokogórską dolegliwość – schodzić jak najszybciej w dół, tam, gdzie jest więcej tlenu. Wszyscy mieli nadzieje, że silne objawy choroby wysokościowej, jakie przeżywał, miną i wkrótce wróci do nas.

  • Tak to zazwyczaj bywa, kiedy zbyt szybko pokonuje się wysokość – skomentował Klemens. - Zauważcie jak zmieniły się czasy. Harrer i jego dwóch partnerów potrzebowali miesiąca, ażeby dotrzeć tu z Ilagi. A my w ciągu dwóch dni znaleźliśmy się w bazie. Jego wyprawa miała aż 120 tragarzy i ponad dwie tony własnego bagażu. Wzięli ze sobą nawet pontony, ażeby ewentualnie spłynąć rzekami na południowe wybrzeże, a stamtąd do Australii. To była bardzo dobrze przygotowana ekspedycja. Chyba jedna z ostatnich w historii odkrywania tych gór, która prowadziła przez tak dziewicze tereny. Jako tragarzy Harrer zabrał nagich Dani, którzy nigdy wcześniej nie mieli na sobie żadnych ubrań. Musiał ich przyodziać, zabierając ich w śnieżne góry. Podobno było to niezwykle zabawne. Guziki brali za ozdoby, a dziurki za dziury w materiale. Nie widzieli różnicy pomiędzy nogawką spodni a rękawem koszuli. Niektórzy nakładali spodnie na głowę a potem nie mogli sobie poradzić przy wkładaniu koszuli na nogi. Najwięcej problemu zajęło przekonanie każdego z Dani, aby zdjął kotekę. W spodniach po prostu nie było na nią miejsca.

Od tamtej pory drogą z Ilagi przechodzi niewiele wypraw. Ruch jest wciąż ograniczany. Trzy ostatnie lata w ogóle żadna wyprawa stamtąd nie przyszła. Spotkania  mieszkańców podgórskich wiosek ze wspinaczami nadal są spotkaniem dwóch bardzo odległych światów. Siedząc wygodnie na karimacie z fajką w ustach, Klemens ciągnął dalej opowieść o ekpedycji Harrera.

  • Harrer zabrał na wyprawę dwóch znacznie młodszych alpinistów - studenta medycyny z Australii Russa Kippax i Nowozelandczyka Phila Temple. Ten ostatni znał już drogę w Śnieżne Góry Sudirnam, gdzie leży masyw Carstensza. Dwa lata wcześniej dotarł tu z inną nowozelandzką wyprawą. Wtedy nie przeszli nawet leżącej na 4340 m przełęczy prowadzącej od północy do doliny Meren. Wycofali się ze względu na problemy z zaopatrzeniem - nie dotarły do nich planowane zrzuty samolotowe. Dopiero Harrerowi udało się pokonać tę przełęcz. Wspólnie z Philem nazwali ją Nowozelandzką. Co ciekawe, na starych zdjęciach lotniczych z okresu II wojny przełęcz Nowozelandzka całkowicie skuta była lodem. Kiedy w 1962 roku ekipa Harrera ją pokonywała, śniegu było niewiele. Dzięki temu tragarze, którzy nie byli przyzwyczajeni do chodzenia po tak wysokich górach, bez trudu ją pokonali. Dla plemion żyjących w cieniu Gór Śnieżnych pokryte lśniącym lodem szczyty miały wręcz moc magiczną. Kiedy Dani zetknęli się na przełęczy po raz pierwszy w życiu ze śniegiem, byli zachwyceni. Ku zdumieniu wszystkich zaczęli ściskać Harrera i jego przyjaciół, chcąc w ten sposób podziękować za to, że ich tu przyprowadził. Śnieg najprawdopodobniej brali za sól. Zaczęli nawet zbierać go do puszek, aby zabrać ze sobą na dół do swoich wiosek i pokazać innym wspaniały „dugundugu”. Jednak nie potrafili sobie wyobrazić, że lód stopnieje i pojawi się woda.
  • Przed podróżą tutaj przeczytałem słynną książkę Harrera „Ich komme aus der Steinzeit”[4] – wtrącił w tym momencie Karl, jedyny Niemiec w naszej grupie. – Pamiętam, że dla ekipy Harrera w czasie drogi w góry ci sami tragarze stanowili czasami śmiertelne zagrożenie. Harrer wspominał, że był nawet moment buntu. Sytuacja była groźna. Trzech białych w środku dżungli otoczonych dużą grupą Papuasów, którzy w każdej chwili mogli ich nawet zabić i uciec do lasu. A biorąc pod uwagę skłonności kanibalistyczne tubylców, po wyprawie mogło by nie pozostać żadnego nawet śladu. Bunt na szczęście został zażegnany pojedynkiem na spojrzenia. Harrer zaczął spokojnie, ale stanowczo patrzeć prosto w oczy jednemu z buntowników i zmusił go tym do „uległości”. Był to dobry przykład dla innych.

Zrobiło się już późno. Deszcz ku zdziwieniu wszystkich przestał padać. Wyszedłem  spod kuchennej plandeki. Lekki wiatr rozwiewał mgły nad szczytami i nieoczekiwanie przede mną w górze ukazała się ostra biel lodowca z jego najwyższą kulminacją Ngga Pulu. Zupełnie  jakbym zobaczył śniegi Alp lub Himalajów! A przecież jestem tak niedaleko gorącego równika. To właśnie ten lodowy szczyt jeszcze do niedawna uznawany był za najwyższy pomiędzy Himalajami a Andami, kiedy zdobyli go w 1936 roku Dozy, Colijn i Wissel. Okazało się jednak, że do roku 1962, kiedy dotarła tu ekspedycja Harrera, Ngga Pulu stopił się i stał się niższy od skalnej Piramidy Carstensza. A więc Harrer był pierwszym zdobywcą Piramidy jako najwyższego szczytu Australii i Oceanii, ale wyżej od niego była trójka Holendrów.

Następny dzień każdy chciał wykorzystać na dobry rekonesans po okolicy. Wybrałem się sam w górę doliny Meren. Chciałem podejść jak najwyżej pod Ngga Pulu. To nieprawdopodobne jak szybko lodowce pod równikiem ulegają topnieniu. Klemens wspominał, że już Harrer robił dokładne pomiary lodowców Carstensza i porównywał je z badaniami Dozy’ego. Wyniki były zadziwiające. Okazało się, że w ciągu 25 lat lodowiec Meren cofnął się ponad 700 metrów. To, oczywiście, jest dowodem na to, iż temperatura na Ziemi w ciągu ostatnich dziesięcioleci wciąż wzrasta. Dla naukowców równikowe lodowce są wspaniałym miejscem badań. W ich zboczach bowiem, wyjątkowo czułych na ogrzewanie, dokładnie zapisana jest historia zmian klimatycznych Ziemi.

Szedłem coraz wyżej w kierunku śniegu. Nie było wyraźnej ścieżki. Zbocze, którym podchodziłem, było mokre i ociekające wodą, a skała pod butami niebezpiecznie łamliwa. Było wyraźnie widać, że jeszcze nie tak dawno cały ten obszar spoczywał pod grubą pokrywą lodu. Co jakiś czas musiałem jednak przystanąć, łapiąc oddech. Na szczęście nie padało, ale niebo było nadal całkowicie przesłonięte chmurami. Idąc coraz wyżej zakosami, stromym żlebem wyszedłem na grań, która bardziej przypominała dość szerokie i długie plateau[5],  na którego końcu osadzony był lodowiec. Wypłaszczenie to poprzecinane było niewysokimi skalnymi grzędami. Wejście w kierunku kopuły lodowej Ngga Pulu zaczynało się dość stromą śnieżno-lodową niewysoką ścianką. Jaka szkoda, że nie zabrałem ze sobą raków i czekana! Być może spróbowałbym już dziś wejść na sam szczyt. Cóż, zadowoliłem się tylko ulepieniem małego śniegowego bałwanka i to gdzie? – pod równikiem.

Schodziłem w dół ostrożnie i powoli, przyglądając się dokładnie okolicznym skalnym ścianom. Słyszałem bowiem, że na zboczach tych gór można znaleźć szczątki rozbitych samolotów. Pod koniec II wojny światowej wiele maszyn latających pomiędzy Australią a Azją Południowo-Wschodnią ginęło, nigdy nie docierając do celu. Dlaczego? Mapy Nowej Gwinei z tamtego okresu nie były dokładne i pokazywały góry znacznie niższe. Tu, pod Carstenszem, rozbiło się nawet kilka samolotów typu Dakota[6]. Jedną z katastrof przeżyła australijska sanitariuszka, która przez miesiąc prowadziła dziennik, aż do samotnej śmierci.

Jeszcze raz rozejrzałem się dokoła. Ale poza widocznymi nienaturalnymi obrywami skalnego zbocza po przeciwnej stronie niczego nie znalazłem. Po powrocie do bazy opowiedziałem o moich wrażeniach z rekonesansu.

- Te góry kryją swoje tajemnice – odrzekł Klemens wysłuchawszy mojej opowieści o samolocie. - Wiem, że wyprawa z 1962 roku też natknęła się na szczątki samolotu z czasów wojny. W teczce pilota był rachunek za zabawkę, którą kupił dla swojego małego synka w Ameryce. Smutna historia.

- Rzeczywiście, skalne zbocza nie wyglądają tu przyjaźnie – wtrąciłem. - Wokoło panuje jakaś dziwna atmosfera.

  • Być może duchy tych, którzy tu zostali, błądzą gdzieś dookoła – odrzekł z lekkim uśmiechem Klemens. – Ale bądźmy dobrej myśli. Co prawda Harrera złe duchy próbowały „złapać” podczas całej nowogwinejskiej ekspedycji, ale w końcu nie przeszkodziły mu w wejściu na Piramidę. Nam nie powinny też przeszkodzić. Czy wiecie, że Harrer z przyjaciółmi zdobył w tych górach aż 30 dziewiczych szczytów? Odkryli też zupełnie przypadkowo piękną dolinę leżącą po drugiej stronie Carsteszweide. Jeden długi dzień drogi stąd. Podobno tamto miejsce ich tak urzekło, że poczuli się jak w bajce i dlatego nazwali ją „Bajkową Doliną”. Jeziora tam leżące otrzymały nazwy: Andersen, Jaś, Małgosia, a skalne zbocza - Kopciuszek i Alicja. Nadawanie nazw to przywilej zdobywców. Oni nadali tamtemu miejscu osobowość. Myślę, że Bajkowa Dolina klimatem i krajobrazem różni się od tej, w której jesteśmy. Nie wszędzie po prostu jest tak ponuro jak tu. Ale może to tylko nasze odczucie spowodowane złą pogodą.
  • Słyszałem, że Harrer podczas tej ekspedycji miał jednak jakiś wypadek – zwróciłem się do Klemensa.
  • To prawda. Jak już wspomniałem, złe duchy nie dawały mu spokoju w czasie wyprawy. Można powiedzieć nawet, że ocierał się o śmierć i to dwukrotnie. Ale nie było to w masywie Carstensza. Po powrocie do Ilagi Harrera intrygowały kamienne siekierki Dani. Nikt jednak nie chciał powiedzieć, skąd one pochodzą. Dopiero tragarze - prawdopodobnie z wielkiej wdzięczności za to, iż Harrer pokazał im dugundugu - zdradzili, że kamienne siekierki pochodzą z kamieniołomu Je-Li-Me[7], co oznacza właśnie: Źródło kamiennych siekierek. Harrer i przyjaciele nie mogli odpuścić tak wyjątkowej okazji, ażeby tam dotrzeć. Oczywiście, byliby tam pierwszymi białymi. Podczas wędrówki do kamieniołomu natknęli się na piękny wodospad. Harrer, chcąc sfilmować go z góry, podszedł zbyt blisko i zaczął spadać w dół. Zatrzymał się w jednej trzeciej wodospadu, wpadając do swego rodzaju naturalnej wanny. Gdyby nie ona, nie przeżyłby upadku. Nie mógł, niestety, iść dalej o własnych siłach. Cztery dni trwał transport Harrera przez dżunglę do polowego lotniska w Mulii, gdzie znajdowała się misja kościelna. Stamtąd samolotem poleciał już do szpitala w Holandii (dzisiejszej Jayapurze). Okazało się, że ma złamane trzy żebra i rozbitą rzepkę w lewym kolanie. Ale po miesiącu leczenia Harrer ponownie wylądował w Mulii i dotarł wreszcie do źródeł kamiennych siekierek. To był jego najgroźniejszy wypadek podczas trwania tej ekspedycji. Lecz nawet kiedy wszystko już się skończyło, cudem uniknął śmierci raz jeszcze. Miał wracać samolotem przez Australię do Europy. Na krótko przed odlotem dotarła do niego wiadomość z amerykańskiego tygodnika „Life” („Życie”) z zapytaniem czy jeden z dziennikarzy nie mógłby spotkać się z nim gdzieś w drodze. Harrer zaproponował jako ewentualne miejsca spotkań: Sydney, Bangkok, Bombaj lub Frankfurt. „Life” zdecydował się na Bangkok. Tam właśnie Harrer przerwał swój lot. Dwie godziny później ten sam samolot rozbił się w pobliżu Bombaju. Wszyscy zginęli. A co by było, gdyby nie prośba „Życia” ?

Rzeczywiście, chyba opatrzność czuwała nad zdobywcą. I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?

Tego wieczoru wszyscy gorączkowo pakowali swoje plecaki. Słychać było tylko metaliczny brzęk klarowanego sprzętu. Kapitan Ivan z komandosami w pośpiechu rozdzielali między siebie kostki, pętle, jumary, zwijali starannie liny. Pod okiem Rudiego ćwiczyli jeszcze wyuczone węzły, przymierzali uprzęże. Niebo pokazało nawet swoje gwiazdy i wszystko wskazywało na to, że już jutro wejdziemy w ścianę. Ciekaw byłem tylko czy dzielni komandosi wezmą również swoje pistolety.

W nocy zbudził mnie hałas terkoczących juwli i głośne rozmowy. Zapaliłem latarkę i spojrzałem na zegarek.

  • Chodź - mówię do leżącego obok mnie Kuby. - Jest trzecia, już czas na nas!

Sam jednak z dużym oporem opuszczam ciepły śpiwór. W pośpiechu gotuję jeszcze wodę na herbatę i kaszkę z rodzynkami. Już o czwartej stoimy z czołówkami[8] na głowach pod ścianą Carstensza. Na stromym piargu panuje duże zamieszanie i spory tłok. Dzielimy się na dwie grupy. Kapitan Ivan ma przy naszej pomocy prowadzić komandosów. Rudi z kolei z pozostałą częścią grupy zakładać będzie poręczówki. Droga na początku prowadzi  płytami, czasami wchodzi w strome zacięcia[9] i kominy[10]. Ten odcinek nie należy do trudnych. Może IV, IV+ w tatrzańskiej skali. Jest jeszcze ciemno. Pode mną przesuwają się tylko światełka latarek. Nie mamy problemu ze znalezieniem właściwej drogi, gdyż wszędzie wiszą stare liny poręczowe, dokładnie wyznaczając kierunek wspinania.

  • Te liny pozostawił tu w 1995 roku nowozelandczyk Rob Hall[11] ze swoją wyprawą – krzyknął Rudi.

Wyglądały solidnie, ale już cztery lata wisiały w ścianie ciągle podlewanej deszczem. Ich bezpieczeństwo było zatem bardzo, bardzo wątpliwe. Niemniej jednak mimo naszych ostrzeżeń, komandosi czasami wpinali się jumarami w stare poręczówki i wolno, ale skutecznie stopień po stopniu osiągali wysokość. Wapienna skała była tak szorstka, że nawet na pionowych miejscach doskonale dawała oparcie moim butom. Szkoda, że nie wziąłem ze sobą jakichś starych, grubych, skórzanych rękawic, albo plastra. Ostra skała kaleczyła palce. Miałem, co prawda, w plecaku goreteksowe rękawice, ale szkoda mi było je tu niszczyć. Jakoś znosiłem jeszcze ich brak. Po trzech wyciągach wyszliśmy na szerokie kamieniste wypłaszczenie, stromo wznoszące się ku górze. Były to tzw. żółte tarasy. Dzień akurat się budził. Powietrze było chłodne i spokojne. Grań szczytowa była nadal niewidoczna, a z góry zaczęły powoli schodzić gęste mgły. Chwilę później zerwał się wiatr i zaczął padać mokry, ciężki śnieg. Mamy jednak cholernego pecha. W ciągu dosłownie kilku minut warunki wkoło zmieniły się na zimowe. I nikt, nawet Rudi, który wchodził już na Carstensza kilkakrotnie, nie wiedział gdzie, w którą stronę iść dalej. Czekaliśmy może piętnaście minut z nadzieją, że mgła odejdzie. I rzeczywiście, ku naszej radości przed nami rozwarło się pionowe urwisko, a śnieg przestał padać. Nadal ściana rozmywała się gdzieś wysoko we mgle, ale ta widoczność już wystarczyła. W śniegu po kostki, piarżystymi tarasami dotarliśmy do pionowego komina. To już nie było normalne piątkowe wspinanie. Ręką wyszukiwałem pod śniegiem chwyty. A mokre i śliskie stopnie nie dawały już pewnego oparcia. Tym razem założyłem nawet rękawice, wiedząc, że to będzie ich ostatnia wspinaczka przed całkowitym podarciem. Na szczęście, chroniły przed zimnem i poranieniem dłoni. Zauważyłem iż komandosi i grupa Łotyszy wyraźnie czuła się zaskoczona zimą pod równikiem. Pomagaliśmy im z Kubą znaleźć bezpieczne miejsce na postawienie nóg. Kapitan Ivan dodatkowo z góry asekurował ich liną. Komin w końcu wyprowadził nas, każdego po kolei, na przysypaną śniegiem grań. Nareszcie stanęliśmy na poszarpanej zachodniej grzędzie. Początkowo idąc dalej, nie napotkaliśmy żadnych trudności. Aż nagle stanęliśmy nad pionowym urwiskiem, które przecinało naszą drogę. Po drugiej stronie tego szerokiego może na trzydzieści metrów uskoku[12] majaczyła dalsza część zębatej grani. Widać było, że składa się z niezliczonych skalnych iglic. Wyglądało to groźnie. Przez szeroką szczerbę przerzucone były dwie stare liny, być może należące jeszcze do legendarnego Roba Halla. To był problem – dostać się na drugą stronę grani. Tamta jej część otwierała drogę na szczyt. Wpiąć się w niebezpieczne stare rzęchy[13] i przejść szybko nad urwiskiem tzw. tyrolką[14]  - odpadało. Nikt nie chciał być samobójcą. Pozostała więc wizja pionowego zjazdu w dół na dno szczeliny, a potem znowu wspięcie się w górę na grań.        

Kolejna fala mgły i śniegu zaczęła nas otaczać. Czuliśmy się przemoczeni i zmarznięci. Było południe, a więc w normalnych warunkach, przy dobrej pogodzie, powinniśmy znaleźć się już na szczycie. A my bezradnie staliśmy w miejscu przed głębokim uskokiem. Nasz cel nadal pozostawał niewidoczny, a na dodatek dopiero teraz miały się zacząć faktyczne  trudności drogi. Jeżeli jeszcze dziś chcieliśmy wejść na Carstensza,  a potem w świetle dnia bezpiecznie z niego powrócić, to nie było już czasu na przeczekiwanie złej pogody. Perspektywa dalszego, prawie zimowego wspinania się raczej przerażała. Nawet Rudi, który dobrze znał ścianę Piramidy i zdobywał ją już kilkakrotnie, dotąd nie spotkał  się z takim atakiem zimy.

- Kuba, mamy kiepski czas. Albo idziemy dalej, co może skończyć się biwakiem, albo wracamy – powiedziałem.

W tym momencie jakby jeszcze mocniejszy podmuch wiatru sypnął mokrym śniegiem.

  • Ja się wycofuję - odparł Kuba. - Jest chyba poniżej zera, moje paluchy rąk już nic nie czują. Myślę, że nie mamy już szans na powrót w świetle dnia. Ja nie jestem przygotowany na biwak. Obawiam się najgorszego, chociażby odmrożeń.

Również w oczach Rudiego i kapitana Ivana zauważyłem rezygnację. Niestety, też chcieli wracać. Ale czy będąc już tak blisko szczytu, mieliśmy poddać się pogodzie? Byłem przygotowany na kibel[15]. Zawsze kiedy idę w góry, biorę do plecaka płachtę biwakową. Również Klemens i Karl chcieli pójść dalej. Łotysze natomiast zaczęli szykować się do odwrotu.

        Staliśmy jeszcze chwilę bez słowa. Nie chciałem już czekać i martwić się pogodą. Znalazłem duży blok skalny i zacząłem przygotowywać stanowisko do zjazdu na dno uskoku. Tymczasem przestał padać śnieg, nagle chmury rozstąpiły się i ku ogólnemu zaskoczeniu pojawiło się tylko na moment cieplutkie, radosne słońce. W jednej chwili wszystko wkoło zaczęło wyglądać inaczej, bardziej przyjaźnie. Komandosi, którzy już mieli na sobie plecaki, aby wracać, przystanęli na chwilę. Kapitan Ivan tylko coś do nich krzyknął po żołniersku. Ci natychmiast naciągnęli na głowy czerwone berety i zrzucili z siebie kurtki, odkrywając czarne mundury. Rozwinęli też przed sobą dużą czerwono-białą flagę Indonezji. Ivan odczytał głośno jakiś ważny rozkaz. Po czym stojąc na baczność, wspólnie odśpiewali hymn narodowy. Sytuacja wyglądała niecodziennie. Tak zapewne uczciliby zdobycie szczytu. Poczułem się jak na teatralnym spektaklu, ale jakże wspaniałym! Czy to nie piękne, że ci groźni żołnierze, zamiast brać udział we wzniecaniu walk na Timorze, przyszli tu z nami w wysokie góry? - pomyślałem. A teraz śpiewają w tak trudnych warunkach pieśń o wolności i pokoju. Tylko gdzieś tam daleko szykuje się wojna.

        Zrzuciłem linę. Wpiąłem się w nią karabinkiem z płytką Stichta[16] i stanąłem gotowy do zjazdu w dół, na dno wielkiej szczerby. Nie ukrywam, że rozsądek nakazywał, iż należy odpuścić i wycofać się jak najszybciej, ale  intuicyjnie też czułem, że warto zaryzykować  i pójść dalej, że wszystko będzie w porządku. Jednak lęk i wątpliwości pozostały. 

- Kuba – zwróciłem się jeszcze raz do niego – wytrzymaj, wejdziemy razem.

Zupełnie nagle, tym razem od dołu, znowu nadeszły mgły i chwilę po tym zaczął padać śnieg. Zrobiło się  zimno i ponuro.

- O nie! - odrzekł jeden z Łotyszy. - My chcemy stąd wrócić żywi. Wracamy.

Kuba również dołączył do nich. Pożegnał się i zaczął schodzić. Widziałem jeszcze jak komandosi ze swoim kapitanem przyglądają się mojemu zjazdowi. Najstarszy z Łotyszy - Ivars - pozostał jeszcze. Zjechałem w dół na wąską skalną przełączkę. Za chwilę dojechali do mnie Karl, Klemens i Rudi. Następnie - ku mojemu zdziwieniu - zaczął zjeżdżać także kapitan Ivan z komandosami i z Ivarsem. Pomimo wahań, zdecydowali się w końcu pójść z nami, aby wejść na szczyt. Zjazdy poszły im świetnie. Z dna głębokiej szczerby przeszliśmy na drugą, południową stronę masywu. Dalej może jeszcze przez dwieście, trzysta metrów wąskimi płytami trawersowaliśmy ścianę bez żadnej asekuracji. Czułem tylko z mojej prawej strony głęboką przepaść. Gdy doszliśmy do miejsca, w którym zaczynały się faktyczne trudności drogi, śnieg zacinał coraz bardziej i nic nie wskazywało na to, że pogoda się poprawi. Powrót na grań wymagał wspięcia się systemem zacięć, płyt z jednym miejscem szóstkowym. Prowadził Karl, ale po walce na wypychającym trawersie wycofał się. Ta część drogi przy tej pogodzie stała się ekstremalnie trudna, tym bardziej, że nie było zbyt wiele możliwości dobrej asekuracji na litej skalnej płycie. Na zmianę z Rudim udało nam się w końcu osiągnąć grań i założyć poręczówkę dla grupy. Wyglądało na to, że to już koniec trudności, że szczyt jest tuż, tuż. Ale okazało się, że dalsze wspinanie jest równie niebezpieczne. Musieliśmy pokonać jeszcze dwie mocno eksponowane szczerby. Nie były trudne, ale wymagały gimnastyki. W pewnym momencie zaczęliśmy trawersować stromą piarżystą półką już po północnej stronie. Przysypana kilkucentymetrową warstwą ciężkiego śniegu przypominała strome lodowe pole, z którego w każdej chwili można było wyjechać i to gdzie? 700 metrów nogami w dół. Nie podejrzewałem, że z pozoru dziecięco łatwe miejsce stanie się w tych warunkach największym zagrożeniem przed celem. Nikt nie miał raków, a każdy krok bez asekuracji był jak stąpaniem po polu minowym. Czy noga wyjedzie czy nie wyjedzie? Udało się. Za tym trawersem kruchym zboczem droga logicznie prowadziła ku górze. Wciąż tylko wilgotne mgły nie pozwalały dojrzeć dokąd.

- Ale to już chyba tam – podnieconym głosem krzyknął Klemens.

Po kilku minutach było już po wszystkim. Stąd już drogi prowadziły tylko w dół. Staliśmy na szczycie! .... ./ cd . w częsci II /

powrót

Komentarze

Nie ma komentarzy do tego artykułu!

Dodaj komentarz

5 + 3 =

Komentarz będzie widoczny dopiero po zatwierdzeniu.