Blog

"...jeśli masz dach nad głową, łóżko do spania, ubranie, trochę pieniędzy w kieszeni i jedzenie w lodówce... to i tak jesteś bogatszy w sensie materialnym niż 70% ludzi na Ziemi ...doceń to ..."

"...Przez ostatnie lata spisywałem moje podróżnicze obserwacje i refleksje głównie na profilu facebookowym. Chciałbym niektóre te wpisy przypomnieć tu na blogu. Będzie też kilka starych opowiadań lotniczych. Zapraszam do lektury..."

brak komentarzy

Wracam z epoki kamiennej

Wracam z epoki kamiennej

          W ubiegłym roku ukazało się pierwsze polskie wydanie książki autorstwa Heiricha Harrera "Wracam z epoki kamiennej". Miałem zaszczyt napisania wstępu do tej książki, która jest pewnego rodzaju dziennikiem wyprawowym ekspedycji w niedostępne góry Śnieżne Nowej Gwinei w roku 1962. Harrer jako pierwszy pokonał 700 metrową ścianę Piramidy Carstensza i wszedł na wierzchołek. Ale cel górski stał się tylko pretekstem dla eksploracji niedostępnych dolin Nowej Gwinei zamieszkałych przez papuaskie plemiona żyjące tak jak w epoce kamiennej bez znajomości koła, naczyń i pisma.

W latach 60-tych książka stała się bestselerem literatury górskiej i podróżniczej. Osobiście miałem okazje powtórzyć drogę Harerea w latach 90-tych - było to pierwsze polskie wejście. Zachodnia Gwinea należąca do Indonezji nadal należy do ostatnich dziewiczych miejsc na naszej planecie. Poniżej moja przedmowa do książki:

Wydawnictwo STAPIS 2015 - Heirich Harrer "Wracam z epoki kamiennej" 

PRZEDMOWA

Już dawno fizycy odkryli, że myśl to nic innego jak inteligentna energia. Myśl – pomysł – marzenie… a potem wszystko to, co się wokół Ciebie dzieje, może prowadzić czasami nawet podświadomie do wymyślonego celu.

         Kiedy dokładnie dwadzieścia lat temu biwakowałem na grani West Buttres w drodze na McKinleya na Alasce, sąsiadująca ze mną grupa wspinaczy, prowadzona przez Wally’ego Berga i Petera Athansa (przyp. 1), opowiadała o programie wspinaczkowym polegającym na zdobyciu Korony Ziemi. Dowiedziałem się wtedy, że najwyższym szczytem Europy według geografów nie jest Mont Blanc, a Elbrus na Kaukazie, i – co najważniejsze dla tej opowieści – że najwyższym szczytem Australii i Oceanii nie jest wcale Góra Kościuszki, lecz jakaś zagubiona w dżungli na Nowej Gwinei Piramida Carstensz. Nazwa i miejsce wydały mi się najbardziej egzotyczne z możliwych. Nawet dla kogoś, kto wielokrotnie przemierza szlaki świata, były trudne do szybkiego zlokalizowania. Piramida Carstensza – ta „tajemnica” zaczęła mnie od razu pochłaniać, a myśl o tej górze zaczęła nabierać mocy sprawczej…

         Po powrocie z Alaski zacząłem rozmyślać, w jaki sposób zdobyć ten egzotyczny cel i znaleźć się na Nowej Gwinei. Całymi tygodniami starałem się znaleźć materiały o tym zapomnianym krańcu Ziemi. Przede mną pojawiły się setki pytań, ale najczęściej pozostawały bez odpowiedzi. Był rok 1994, nie było jeszcze w Polsce Internetu i Google’a. Pamiętam, że ktoś przyniósł mi pożółkły egzemplarz czasopisma „Poznaj Świat” z początku lat sześćdziesiątych z artykułem Doktor Grzimek (przyp. 2 ) na Nowej Gwinei. Na owe czasy była to sensacyjna wyprawa, podczas której miejscowi nadzy Papuasi zaglądali pod kadłub małego samolotu, zastanawiając się, jakiej płci jest ten wielki ptak. W innej jeszcze gazecie jakiś misjonarz opowiadał historie z Nowej Gwinei, gdzie tubylcza ludność, która po raz pierwszy zobaczyła samochód i wysiadającego z niego białego, nazwała to cudo techniki matką białego człowieka. Proste skojarzenie – przecież ów człowiek wyszedł z wnętrza wielkiego metalowego stwora…

W tamtych czasach Nowa Gwinea jawiła mi się jako miejsce wyjątkowe, zaginiony świat, w którym tubylcze plemiona uprawiały kanibalizm, a paprocie wyrastały do gigantycznych rozmiarów. Na mapie wyspa przypomina ogromnego, zastygłego w bezruchu ptaka, szybującego pośród mórz Oceanii. To pod względem wielkości druga po Grenlandii wyspa Ziemi i największa w obszarze tropikalnym. Jej powierzchnia odpowiada Europie Środkowej, od wschodu do zachodu ma 2500 kilometrów, a od północy do południa – około 700 kilometrów. Porośnięta jest jedną z ostatnich na naszej planecie tropikalnych dżungli.

Ta ogromna Wyspa, dziedzicząc schedę po epoce kolonialnej, została sztucznie podzielona na dwie należące do różnych państw części: wschodnią i zachodnią. Część wschodnia, zarządzana jakiś czas przez Australię i ONZ, stała się w 1975 roku niezależnym państwem o nazwie Papua Nowa Gwinea. Ta część wyspy, szczególnie w ostatnich trzydziestu latach, przeszła niewiarygodną przemianę. Opracowano dokładne mapy, wybudowano drogi, wprowadzono przemysł, rozwinięto handel, a tradycyjne zwyczaje mieszkańców zamieniono w komercyjny teatr.


Jerzy Kostrzewa wśród papuasów z plemienia Dani 1999 rok

        Zupełnie inaczej wygląda druga, zachodnia strona wyspy. Zajęta siłą w latach sześćdziesiątych przez armię indonezyjską po ustępujących Holendrach, stała się największą prowincją Indonezji i nazwana została Irian Jaya (przyp.3) ( Czytaj: iriandżaja)) – gorącą zwycięską ziemią. Ta zachodnia połowa Nowej Gwinei pozostaje wciąż jednym z najdzikszych i najbardziej odizolowanych zakątków naszej Ziemi. Ekolodzy zgodnie nazywają Irian ostatnią wielką puszczą w obszarze Azji i Pacyfiku. W tym ogromnym kraju nie ma ani jednej drogi pozwalającej dotrzeć do jego wnętrza czy przejechać z jednego krańca na drugi.

Wyspa kryje wiele tajemnic i nadal jest słabo opisana i spenetrowana. Pozostaje wciąż królestwem lasu deszczowego, bagien i otulonych chmurami gór sięgających prawie 5 tysięcy metrów wysokości. I to właśnie tu, w niedostępnych Górach Jayawijaya (Góry Śnieżne) kryje się Piramida Carstensza, najwyższy szczyt pomiędzy Himalajami a Andami i tym samym najwyższy wierzchołek Australii i Oceanii. Po raz pierwszy zauważona została przez holenderskiego żeglarza Jana Carstensza. Opływając w 1623 roku Nową Gwineę południowym wybrzeżem, zobaczył lśniące białe czapy śnieżne w wysokich górach. Po powrocie do Europy nikt nie chciał uwierzyć, że na 4 stopniu, na południe od równika mogą leżeć śnieg i lodowiec. Jak na owe czasy odkrycie to było wyjątkowe. O dwieście lat wyprzedzało zauważenie śniegów Kilimandżaro w Afryce.

         Nazwa masywu, wywodząca się od nazwiska swojego odkrywcy, powszechnie się przyjęła, choć Indonezyjczycy zmienili ją na Puncak Jaya (Góra Zwycięstwa), chcąc podkreślić swoją obecność w tym regionie po odejściu Holendrów.

W 1994 roku nie znalazłem polskich opracowań na temat tej egzotycznej góry i Irian Jaya. Tylko z zagranicznych czasopism wspinaczkowych można było się dowiedzieć, iż droga na Piramidę Carstensza nie należy do łatwych. Wyglądało na to, że jest to siedemsetmetrowej wysokości skalna ściana o trudnościach dochodzących miejscami do VI stopni według wspinaczkowej skali. A dotarcie do niej prowadzi wielodniowa przeprawa z wioski Ilaga przez błotnisty, pełen pijawek i insektów las deszczowy. Szukałem też kogoś, kto już był na Nowej Gwinei lub brał udział w ekspedycji w nieznane góry Jaya. Okazało się jednak, że góra ta jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych nie miała zbyt wielu wejść, a z Polski nie było tam nikogo.

Przypadek sprawił, że w bibliotece uniwersyteckiej w Poznaniu wpadł mi w ręce jedyny tam egzemplarz książki "Ich komme aus der Steinzeit"  Heinricha Harrera (wydanej w roku 1965). Dziennik wyprawowy autora, który jako pierwszy pokonał siedemsetmetrową ścianę Piramidy Carstensza i 13 lutego 1962 r. stanął na jej wierzchołku wraz ze swoimi przyjaciółmi: Bertem Huizengą, Russelem Kippaxem i Philipem Temple’em. I być może to moja własna podświadomość sprawiła, że dziś, po wielu, wielu latach, mam okazję i zaszczyt napisać wstęp do polskiego wydania książki Przychodzę z epoki kamiennej Heinricha Harrera. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku była ona światowym bestsellerem literatury podróżniczej i nareszcie, po pięćdziesięciu latach, doczekała się polskiej edycji.

Sam Heinrich Harrer zyskał sławę w środowisku alpinistycznym już wcześniej, jako pierwszy zdobywca północnej ściany Eigeru (Alpy Berneńskie) w roku 1938. Ale największy rozgłos przyniosła mu inna, autobiograficzna książka z 1952 roku "Siedem lat w Tybecie. Moje życie na dworze Dalajlamy", która w 1997 roku została zekranizowana w filmie o tym samym tytule.

Książka Przychodzę z epoki kamiennej to chronologicznie ułożony dziennik podróży autora, gdzie cel – Piramida Carstensza – stał się tylko pretekstem dla eksploracji niedostępnych dolin Nowej Gwinei zamieszkanych przez papuaskie plemiona żyjące tak jak w epoce kamiennej bez znajomości koła, naczyń czy pisma.

Wojownicy z plemienia Dani (fot. Jerzy Kostrzewa r. 1999)

Wyprawa Harrera w 1962 była ostatnią ekspedycją poprowadzoną w czasie, gdy prowincją administrowali jeszcze Holendrzy. Rok później, po aneksji wyspy przez Indonezyjczyków wysokie góry Jayawijaya zostały na wiele lat zamknięte. Następne, nieliczne wyprawy po za geografią terenu i klimatu, musiały zmagać się z nową trudnością tego kraju - barierą indonezyjskiej biurokracji.

         Kanadyjczyk Pat Morrow, pierwszy zdobywca Korony Ziemi, podobno walczył o oficjalne pozwolenie na dojście pod Carstensza aż siedemnaście miesięcy. Było to w roku 1986. Negocjacje z Indonezyjczykami prowadzone były wtedy przez polityków najwyższego szczebla.

Pamiętam też moje własne zmagania, kiedy musiałem stoczyć wielomiesięczną urzędową batalię, aby uzyskać wymagane pozwolenia od władz wszystkich możliwych resortów w Jakarcie: policji, wojska i ministerstw transportu, zasobów mineralnych, turystyki, spraw zagranicznych, wewnętrznych... Nie byłoby to oczywiście możliwe bez pomocy kogoś na miejscu.

Ostatecznie pod koniec listopada 1995 roku wszystkie ministerstwa wyraziły zgodę i pozwoliły na wjazd do Irian Jaya z możliwością wejścia na Piramidę Carstensza. Było to ponoć pierwsze takie pozwolenie wydane przez Indonezyjczyków Polakom, bo też do roku 1990 trudno było z polskim paszportem w ogóle wjechać do Indonezji. Owszem, wizy dawano, ale Polska była krajem z bloku sowieckiego, a rząd w Jakarcie pod władzą Suharto nie bardzo lubił kogokolwiek z tej części Europy. Niestety, okazało się, że był to dopiero początek mojej osobistej długiej drogi w Góry Jayawijaya. W styczniu 1996 roku, gdy miałem już w kieszeni bilet lotniczy do Jakarty, władze Indonezji wprowadziły w prowincji stan wyjątkowy. Powodem zamknięcia Irian Jaya dla ruchu turystycznego było porwanie dwudziestoosobowej międzynarodowej ekspedycji przez miejscowych Papuasów. Wyprawę trzeba było zawiesić…

Moja dalsza droga w Góry Śnieżne Nowej Gwinei, nie zawsze legalna, „trwała” kolejne trzy lata i 12 lipca 1999 roku nareszcie osiągnąłem wierzchołek Piramidy Carstensza, pozostawiając na szczycie pierwszą polską banderkę. Przygód związanych z tą wyprawą i podróżą do interioru Papui było wiele, a historia tego wejścia została opisana w książce Niedostępna Góra Papuasów (2001) i opatrzona piękną przedmową Piotra Pustelnika.


Wojownik Dani (fot Jerzy Kostrzewa 1999 r.)

          Ale wróćmy do naszego autora i jego książki Przychodzę z epoki kamiennej. Dla Harrera była to ponoć najtrudniejsza wyprawa życia. Dwukrotnie ocierał się o śmierć. Miał wówczas dokładnie pięćdziesiąt lat. Harrer i jego towarzysze potrzebowali miesiąca, żeby dotrzeć z wioski Ilaga pod ścianę Carstensza. Dziś wyprawy pokonują tę trasę w mniej niż dziesięć dni. W jego ekspedycji wzięło udział aż stu dwudziestu tragarzy, którzy dźwigali ponad dwie tony własnego bagażu. W ekwipunku nie zabrakło nawet pontonów, by ewentualnie spłynąć rzekami na południowe wybrzeże, a stamtąd do Australii. To była bardzo dobrze przygotowana wyprawa. Chyba jedna z ostatnich w historii odkrywania tych gór, która prowadziła przez tak dziewicze tereny. Jako tragarzy Harrer zabrał nagich Papuasów z plemienia Dani, którzy nigdy wcześniej nie mieli na sobie żadnych ubrań, a jedynym odzieniem mężczyzn była zakładana na penisa specjalna nakładka (koteka) z tykwy. Jeszcze podczas mojej eksploracji wyspy w latach dziewięćdziesiątych był to powszechny strój tego plemienia. Ale Harrer musiał nagich Dani przyodziać, zabierając ich w śnieżne góry. Było to niezwykle zabawne. Guziki brali za ozdoby, a dziurki za dziury w materiale. Nie widzieli różnicy pomiędzy nogawką spodni a rękawem koszuli. Niektórzy nakładali spodnie na głowę, a potem nie mogli sobie poradzić przy wkładaniu koszuli na nogi. Najwięcej problemu zajęło przekonanie każdego z Dani, aby zdjął swoją kotekę. W spodniach po prostu nie było na nią miejsca.

Jeszcze dziś w Dolinie Baliem można spotkać Dani noszących tradycyjną 'kotekę' (fot. Jerzy Kostrzewa)

Harrer szedł w masyw Carstensza od strony północnej, a znalezione do Doliny Meren przejście nazwał Przełęczą Nowozelandzką. Co ciekawe, na starych zdjęciach lotniczych z okresu II wojny przełęcz ta całkowicie skuta była lodem. Kiedy w 1962 roku ekipa Harrera ją pokonywała, śniegu było niewiele. Dzięki temu tragarze nieprzyzwyczajeni do chodzenia po tak wysokich górach bez trudu ją pokonali. Dla plemion żyjących w cieniu Gór Śnieżnych pokryte lśniącym lodem szczyty miały wręcz magiczną moc. Kiedy Dani zetknęli się na przełęczy po raz pierwszy w życiu ze śniegiem, byli zachwyceni. Ku zdumieniu wszystkich zaczęli ściskać Harrera i jego przyjaciół, chcąc w ten sposób podziękować za to, że ich tu przyprowadził. Śnieg najprawdopodobniej brali za sól. Zaczęli nawet zbierać go do puszek, aby zabrać ze sobą na dół do swoich wiosek i pokazać innym wspaniały dugundugu, jak go nazywali. Jednak nie potrafili sobie wyobrazić, że lód stopnieje i pojawi się woda. I tu pojawia się największa zagadka tak zwanego pierwszego wejścia na najwyższy szczyt Australii i Oceanii. Lodowce strefy równikowej w ciągu ostatnich siedemdziesięciu lat topnieją błyskawicznie. Zauważył to również Harrer, który miał ze sobą mapy z roku 1936 sporządzone przez holenderskiego geologa Jeana Jacques’a Dozy’ego

Pisząc o wyprawie Harrera, trzeba koniecznie wspomnieć o najważniejszej ekspedycji w ten region dokonanej przez Holendrów przed II wojną światową. Jeszcze w roku 1936 właściwie nie wiadomo było dokładnie, który ze szczytów w masywie Gór Śnieżnych jest najwyższy. Dlatego wszystkie powyżej 4700 m. n.p.m. przyjęło się określać ogólną nazwą Carstensz Toppen. Ale żaden z nich nie został dokładnie pomierzony i uznany za najwyższy czy zdobyty. Jean Jacques Dozy, młody geolog pracujący dla kompani naftowej, postanowił jako pierwszy wspiąć się na najwyższy szczyt z grupy Carstensz Toppen i tym samym dokonać dokładnego pomiaru wysokości. Wspólnie ze swoim szefem dr Antonem H. Colijnem przygotowali perfekcyjną wyprawę. Colijn był zapalonym poszukiwaczem przygód i alpinistą. Ciekawostką jest to, że był też synem premiera Holandii, ale na realizację swojego pomysłu alpiniści nie otrzymali żadnego wsparcia finansowego ani ze strony kompanii naftowej, dla której pracowali, ani ze strony rządu. Wyprawę finansowali z własnych funduszy, a zrealizowali ją w czasie swojego dwumiesięcznego urlopu.


Dolina Meren - najważniejsza Dolina w Masywie Carstensza (fot. Jerzy Kostrzewa w 1999 r.)

Te dwa miesiące, które mieli do dyspozycji, zadecydowały o zmianie całej strategii wejścia w góry. Colijn i Dozy nie chcieli popełniać błędów poprzednich wypraw w kierunku Carstensza, trwających ponad pół roku. Problemem wszystkich ekspedycji w kierunku Gór Śnieżnych były trudności związane z samym dotarciem do gór oraz problemy aprowizacyjne armii tragarzy. Stąd Dozy i Colijn postanowili wykorzystać pomoc lotniczą w dostawach zaopatrzenia, aby udział tragarzy ograniczyć do minimum. Mieli szczęście, gdyż pilot Frits J. Wissel, który właśnie zaczął pracę na Nowej Gwinei, tak jak oni był doświadczonym alpinistą i postanowił pomóc im w realizacji pomysłu wejścia na dziewiczy Carstensz. Po powietrznym, dokładnym rekonesansie Wissela, 29 października 1936 roku, Colijn i Dozy wyruszyli z południowego wybrzeża łodziami w górę rzeki Aika. Zabrali ze sobą tylko ośmiu tragarzy – Dajaków z Borneo. Tymczasem Wissel, obserwując z powietrza ekspedycję, dokonywał zrzutów żywności. Później, kiedy Dozy i Colijn weszli już w teren górski, dorzucił im sprzęt. Po ostatnim zrzucie Wissel wrócił do bazy i z dodatkowymi tragarzami dogonił grupę tą samą drogą.

Ostatni biwak ekspedycja rozbiła w Yellow Valley (Żółtej Dolinie), tuż pod ścianą Carstensza. 5 grudnia 1936 roku, o godzinie drugiej w nocy, w świetle księżyca grupa wyruszyła w kierunku szczytu. Po pięciu godzinach wspinania się lodowcem Colijn, Dozy i Wissel osiągnęli najwyższe miejsce lodowca Carstensz, szczyt o nazwie Ngga Pulu. Był to zatem najwyższy punkt pomiędzy Himalajami a Andami. Wysokościomierz Dozy’ego pokazał 5030 m n.p.m. Niestety, był to błąd pomiaru, który pokutuje do dnia dzisiejszego, gdyż ta właśnie wysokość widnieje na większości starych, dostępnych jeszcze dziś mapach! Tymczasem późniejsze badania wykazały, że Ngga Pulu w roku 1936 miała 4906 m n.p.m., co oznacza, że wspinacze byli o dwadzieścia dwa metry wyżej od skalistego Carstensza (4884), uważanego dziś za najwyższy szczyt.


700 metrowa ściana Carstensza widziana z Yellow Valley (fot. Jerzy Kostrzewa 1999 r.)

Niestety, lodowiec Ngga Pulu topnieje i od tamtego czasu zmniejszył się aż o czterdzieści pięć metrów i ma aktualnie wysokość 4862 m n.p.m., dlatego dziś jest drugim po Piramidzie Carstensza szczytem Australii i Oceanii. Ponieważ Piramida Carstensza jest szczytem skalistym, a na wierzchołku nie ma czapy lodowej, należy założyć, że w 1936 roku nie Carstensz, a Ngga Pulu był najwyższym szczytem Nowej Gwinei. W 1962 roku Harrer dokonał kolejnych pomiarów wysokości w Carstensz Toppen i odkrył, że Ngga Pulu jest już niższy od Piramidy Carstensza. W związku z tym Harrer zdobył Carstensza bezsprzecznie jako pierwszy, uznając go za najwyższą górę Nowej Gwinei. Oczywiście jest to zgodne z prawdą, aczkolwiek Dozy, Colijn i Wissel byli od niego wyżej.


Grań Carstensza ostra jak "żyleta" (fot. Jerzy Kostrzewa 1999 r.)

Należy zadać sobie pytanie, kogo powinniśmy uznać za pierwszego zdobywcę najwyższego punktu pomiędzy Himalajami a Andami: Harrera czy trójkę Holendrów? Podejrzewam jednak, że gdyby Dozy chciał się w roku 1936 wspiąć na Piramidę Carstensza, to raczej by tego dokonał, mimo że jego przyjaciele naprawdę dobrze się wspinali. Góra technicznie jest bardzo trudna do wejścia, a Dozy nie zabrał ze sobą takiej ilość sprzętu wspinaczkowego, jaką miał Harrer. Tymczasem wejście na lodowiec Ngga Pulu było stosunkowo łatwe. Zastanawiające jest tylko to, jak szybko na Nowej Gwinei topnieją lodowce. Ktoś nawet obliczył, że w ostatnim stuleciu stopniało aż siedemdziesiąt procent śniegu w lodowcach Carstensza…

Jean Jacques Dozy nie podejrzewał nawet, jak dalece jego wspinaczkowa ekspedycja zmieni oblicze tej wyspy, a nawet wpłynie na najnowszą historię tych ziem. Idąc od strony południowej, odkrył dwie anomalie geologiczne Ziemi. Górę Grasberg i Ertsberg – największą na Ziemi koncentrację miedzi, złota i srebra, jaką do tej odkryto. Wszystko wskazuje na to, że Harrer nie wiedział o rewelacyjnych tych odkryciach w sąsiedztwie Carstensza. Odebranie Holendrom Zachodniej Papui przez Indonezję, a potem przejęcie przez amerykańskie koncerny złóż pod Carstenszem, być może było dokładnie zaplanowane gdzieś za oceanem, np. w biurach koncernu McMoRan w Luizjanie… Szkoda, że ten ostatni ekologicznie dziewiczy region Ziemi też znalazł się w rękach wielkiej polityki i ekonomi. W efekcie tego odkrycia wybudowano ogromną kopalnię złota, miedzi i srebra (P.T. Freeport Indonesia), która w dużym stopniu kontroluje i ogranicza ruch wyprawowy w Górach Śnieżnych Papui.

W 1999 roku miałem okazję przejechać przez ściśle strzeżone terytorium kopalni. Ale wcześniej odwiedzałem też wioski plemienia Dani w Dolinie Baliem – tej samej, z której Harrer wyruszał w Góry Śnieżne. Moje wrażenia były następujące: na południowych zboczach Gór Śnieżnych amerykańska cywilizacja techniczna rozbiera dwie wysokie góry, czerpiąc z tego miliardowe zyski; na północnych stokach Gór Śnieżnych ich rdzenni mieszkańcy egzystują dalej na poziomie z epoki kamienia łupanego. Taki jest niestety nasz świat…

Pisząc przedmowę do książki Harrera, jestem akurat przejazdem w Bangkoku, mieście związanym z historią wyprawy z 1962 roku. Autor, wracając po wielu miesiącach z „epoki kamiennej”, miał już wykupiony lot przez Australię, Tajlandię i Indie do Europy. Ale jeszcze na Nowej Gwinei amerykański tygodnik „Life” skontaktował się z nim i poprosił o wywiad. Jako miejsce spotkania z dziennikarzami Harrer zaproponował Sydney, Bangkok, Kalkutę lub Frankfurt. „Life” wybrał Bangkok. I tam też w drodze do Europy Harrer przerwał swoją podróż. Dwie godziny później samolot, którym miał dalej wracać do Europy, rozbił się w Indiach. Nikt nie przeżył. Jak pisze sam autor: „a gdybym nie zgodził się udzielić tego wywiadu, z powodu którego wysiadłem? But for LIFE, I woudn`t be alive”.

        Podejrzewam, że dobre myśli zawsze towarzyszyły autorowi tej książki, a może spędzone przez niego siedem lat w Tybecie i moc Dalajlamy chroniły go w czasie licznych ekstremalnych wypraw. Tak było, być może.

Jerzy Kostrzewa

Bangkok 25 listopada 2014 r.


 Przypisy:

1. Wally Berg i Peter Athans już wtedy byli najbardziej utytułowanymi himalajskimi przewodnikami. Na chwile obecną Peter Atans ma już za sobą kilka zdobytych ośmiotysięczników i aż siedem wejść jako przewodnik na Mt Everest

2. Dr Bernhard Grzimek (1909-87) – zoolog niemiecki. W latach 1945-74 dyrektor Ogrodu Zoologicznego we Frankfurcie nad Menem. Odbył wyprawy do Afryki, Nowej Gwinei, Australii w celu badania zwierząt stadnych. Niestrudzony rzecznik i organizator ich ochrony. Doprowadził m.in. do utworzenia Parku Narodowego Serengeti w Tanzanii.

3. Irian Jaya (czytaj: irian dżaja) – w języku indonezyjskim jaya znaczy ‘zwycięski’, a irian pochodzi z lokalnego języka sąsiedniej wyspy Biak i znaczy ‘gorący ląd wschodzący znad oceanu’. Holendrzy używali nazwy ‘Nowa Gwinea Holenderska’, świat zna również używaną czasami nazwę "Papua Zachodnia", którą wymieniają wszyscy przeciwnicy aneksji tej części wyspy przez Indonezyjczyków. Od 2001 roku prowincja Irian Jaya oficjalnie zmieniła nazwę na "Papua" bedąc terytorialnie najwiekszą prowincja Indonezji

4. Klasyczna wspinaczkowa skala tatrzańska ma sześć stopni trudności, licząc od I – bez trudności do VI – skrajnie trudna.

jeden komentarz

Nareszcie w Górach ( fragment II )

cd . ostatniego rozdziału mojej książki "Niedostepna Góra Papuasów" wydanej w 2001 roku przez wydawnictwo G&P


Na grani Piramidy Carstensz`a w kierunku szczytu  (fot. Jerzy Kostrzewa)

cd z poprzedniego I fragmentu:

"....Po kilku minutach było już po wszystkim. Stąd już drogi prowadziły tylko w dół. Staliśmy na szczycie! Jakaż ulga i radość! Nie do wiary - marzenia się spełniły. W końcu stoję na wierzchołku najwyższej góry pomiędzy Himalajami a Andami. Po chwili dochodzą do nas pozostali. Wszyscy zmęczeni, ale szczęśliwi. Uściski dłoni nie mają sobie końca. Wokoło niewiele widać, szaro i mglisto. Sztywnymi palcami wyciągam z plecaka maleńką polską banderkę z orzełkiem. Ktoś robi mi zdjęcie. Gdzieś między kamieniami Rudi odnajduje plastikową puszkę. Są tam proporce z różnych stron świata i stare zapiski tych, którzy tu się wspięli. Również ja pozostawiam w puszce pierwszą polską flagę na tej górze. Komandosi, którzy skojarzyli podobieństwa naszych barw narodowych, z sympatii odwracają do góry nogami swoją flagę i wszyscy z wielkim uśmiechem przy biało-czerwonych barwach fetują sukces.

Ktoś nawet częstuje czekoladą. Brakuje tylko szampana. Ale patrząc na euforię tych, którzy tu dotarli, odniosłem wrażenie, że adrenalina we krwi działa mocniej niż alkohol. Cała zabawa na szczycie trwała może z pół godziny. Spojrzałem tylko z niepokojem na zegarek, była już czwarta po południu. Mieliśmy fatalny czas. Rudi pokazał nam jeszcze może ku przestrodze, małą metalową tablicę pamięci indonezyjskiego studenta, który zabił się podczas powrotu, zjeżdżając na linie. Oby nasz zjazd był bezpieczny! W tak licznej grupie nie było już żadnych szans dotrzeć do podnóża góry za dnia. Zaczęliśmy schodzić. Zamykałem całą grupę, nie mając już wpływu na szybkość zjazdów. Musiałem cierpliwie czekać na swoją kolej. Pogoda z minuty na minutę stawała się jeszcze gorsza. Tym razem zacinało deszczem. O zmroku dotarliśmy do żółtych tarasów. Ale stąd pozostały jeszcze trzy, cztery zjazdy do podstawy ściany. Światła czołówek już nie były tak silne, jak dzisiejszego rana, baterie w chłodzie i wilgoci straciły już swoją moc. Przez kilkanaście minut kluczyliśmy raz w prawo, raz w lewo, szukając drogi zejścia. Którędy w dół? Ktoś odnalazł wreszcie miejsce zjazdu. Kapitan Ivan chyba bez namysłu i ku mojemu przerażeniu jako pierwszy wpiął się w starą, wiszącą poręczówkę i zaczął  zjeżdżać w dół.

  • Nie, przepraszam – krzyknąłem tylko do Rudiego. Ja zostaję. To szaleństwo zjeżdżać na tych rzęchach i to jeszcze po nocy. Weź moją linę z plecaka.
  • Nie bój się, on wie co robi. Te stare rzęchy jeszcze i nasz zjazd wytrzymają. Nie ma czasu na zakładanie nowej liny. Mam też przecież w plecaku. Wiem, że powinniśmy kiblować, ale spójrz na tych wojskowych chłopaków - oni tej nocy by tu nie przeżyli. Dygocą z zimna. Ja mam złe doświadczenia - widziałeś moją dłoń.

Rudi pozbawiony był palców lewej ręki. Stracił je kiedyś, odmrażając podczas niezaplanowanego biwaku schodząc z Aconcagua. Tylko Ivars wahał się do końca. Zostać ze mną, czy wybrać „zjazdową ruletkę”.

Zostałem sam na krawędzi żółtych tarasów. Wewnętrznie chciałem tego - ciszy i spokoju. Lubię biwakować w górach. Choć ten nocleg był – delikatnie mówiąc - nie do końca poprawnie przygotowany. Miałem tylko dobrą, nieprzemakalną płachtę biwakową. Nie zabrałem, a szkoda, ani karimaty, ani maszynki do gotowania, nie mówiąc już o śpiworze. Cóż, zapowiadał się zimny kibel. Tylko nogi w płachcie wsunąłem do plecaka i położyłem się na rozłożonej linie. Na szczęście już nie lało. Ale z godziny na godzinę robiło się coraz zimniej. Nie mogłem zmrużyć oczu. Już sam nie wiedziałem, czy z powodu mokrego chłodu, który powoli przenikał aż do szpiku kości, czy z nadmiaru wrażeń. Zegarek pokazywał dziesiątą. Do świtu pozostało jeszcze osiem długich godzin  medytacji i wyczekiwania. I pomyśleć, że to czekanie jutra jest już kulminacją mojej długiej, pięcioletniej drogi w te niedostępne góry. Drogi, która zaczęła się też zimnym biwakiem, pięć lat temu na grani West Buttress, u stóp Mt Mc Kinley na Alasce. Nieśmiały pomysł zrodził daleką przygodę. 

Ileż to wydarzyło się spraw ważnych w moim życiu, pomiędzy tymi dwoma oddalonymi w czasie biwakami.  Założyłem rodzinę i zostałem ojcem dwojga wspaniałych dzieciaków. I mógłby ktoś pomyśleć, że górskie poszukiwania przygód nie dają pełni bezpieczeństwa mojej rodzinie. Ale paradoksalnie w tym krótkim i zarazem długim okresie pomiędzy Alaską a Nową Gwineą nie w górach ale na nizinach dwukrotnie cudem unikałem śmierci. W maju 97 roku jechaliśmy z Faustyną i córką Marianną pociągiem pośpiesznym z Międzyzdrojów do Poznania. Siedzieliśmy w pierwszej klasie tuż za wagonem restauracyjnym WARS. Za Szczecinem wyszedłem sam do Warsu żeby zjeść obiad. Ale kiedy stanąłem przed bufetem zamówiłem tylko w pośpiechu herbatę. Zapłaciłem, nie żądając nawet reszty. Jakiś wewnętrzny głos mówił mi tylko: wyjdź z tąd! Z kubkiem gorącej herbaty natychmiast wybiegłem z wagonu restauracyjnego i wróciłem do swojego przedziału. Dosłownie ułamki sekund później wagon Warsu wyleciał z torów i zderzył się ze składem towarowym. Został całkowicie zmiażdżony – nikt w nim nie przeżył. Kiedy za Warsem „nasz” wagon pierwszej klasy powoli przewracał się wspólnie z Faustyną i Marianką słysząc potworny huk czekaliśmy już tylko na zgniecenie. Nie nastąpiło.   Wychodząc wtedy z wraku wagonu, pomyślałem tylko, że wszystko jest takie ulotne,  że nigdy nie wiesz, co może cię spotkać jutro lub pojutrze. Dziś żyjesz i marzysz, ale w chwilę potem jakiś beznadziejny przypadek sprawia, że odchodzisz.  Poczułem się wtedy jak nowo narodzony. Być może ten fakt dodał mi jeszcze więcej energii do życia i do tego, aby pielęgnować to, co jest w nim ważne - miłość i marzenia. Myślę, że wtedy pod Szczecinem uratowała mnie intuicja. Zdążyłem w porę posłuchać siebie. A może była to Opatrzność? Rok po kolejowej „przygodzie” raz jeszcze zostałem ostrzeżony. Prowadziłem samochód ulicami Poznania, gdy nagle pędzący z przeciwka pijany kierowca forda zderzył się ze mną czołowo. Tylko z bólem głowy wyszedłem cało z mojego całkowicie zniszczonego poloneza! Tym razem nie do końca posłuchałem intuicji, która mówiła mi: nie jedź tą ulicą. Jednak, na szczęście, znowu Opatrzność czuwała nade mną.

Czy po takich przeżyciach mogłem rezygnować z tego, o czym marzyłem tak długo? Również teraz wewnętrznie czułem, że zostając na noc w górach na pólkach północnej ściany Carstensza, będę bezpieczny.

Świt już majaczył na wschodzie. W nocy musiało być zimno. Resztka herbaty w butelce zamarzła. Z minuty na minutę wschodzące słońce zaczęło rozgrzewać moje lodowo-sztywne ciało. To chyba niecodzienny w tych deszczowych górach poranek – niebieskie niebo i czyste słońce. Nareszcie mogłem spokojnie spojrzeć na północ i cieszyć oczy bielą lodowca Ngga Pulu, lub odwrócić się i za plecami ujrzeć w pełnym blasku i bez cieni mgieł Piramidę Carstensza. Taki widok przy tej pogodzie jest być może najlepszą nagrodą za to, że zostałem tutaj na noc. Nie miałem ochoty wracać na dół do bazy, a potem przez kopalnię do chaosu i brudu cywilizacji. Długo jeszcze leżałem wysoko na skalnej półce, mając przed sobą wspaniały widok na dziewiczy jeszcze świat. I już sam do końca nie wiedziałem co w tej wyprawie było dla mnie sprawą najważniejszą - czy piękna wspinaczka ścianą Carstensza,  czy wszystkie indonezyjskie przygody i kontakt z prehistorią, czy chęć zaspokojenie własnego ego i marzeń. A może właśnie ten biwak, gdzie o słonecznym poranku doświadczyć mogłem poczucia niczym nieskrępowanej wolności?

xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

 
 Ściana Piramidy Carstensz`a (fot. Jerzy Kostrzewa)

                        xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

P.S. Na przełomie października i listopada tego samego roku Leszek Cichy w towarzystwie Ani Czerwińskiej, Basi Batko i księdza Krzysztofa Gardyny również stanął na szczycie Piramidy Carstensza. W ten sposób jako pierwszy Polak dokończył swoją Koronę Ziemi. Była to ostatnia wyprawa, która dotarła w Masyw Carstensza od strony kopalni. Krótko potem P.T. Freeport Indonesia zamknął dostęp w góry od strony południowej.

 Jerzy Kostrzewa 2001

 

 

 

 

brak komentarzy

Nareszcie w Górach ( fragment I )

Jest to ostatni rozdział mojej ksiązki "Niedostępba Góra Papuasów" wydanej w 2001 roku przez Wydawnictw G&P

 

Nareszcie w górach (fragment 1 )

'Wyobraź sobie, że jest wojna i nikt na nią nie idzie'

 

        Wróciłem do Polski. W Europie czuło się obecność wojny w Jugosławii. NATO nadal bombardowało strategiczne cele w Kosowie. Odniosłem wrażenie, że wszyscy byli już zmęczeni tym, co działo się na Bałkanach. Również z odległej Indonezji docierały nie najlepsze wieści. Rząd w Jakarcie zgodził się na niepodległościowe referendum w Timorze Wschodnim przy udziale ONZ-tu, ale dochodziło tam do coraz częstszych konfliktów zbrojnych pomiędzy zwolennikami niepodległości Timoru a przeciwnikami oderwania tej prowincji od Indonezji. Cały czas istniała więc tam realna groźba wybuchu wojny domowej. Również wybory nie były jeszcze rozstrzygnięte, nadal bowiem nie podawano oficjalnych wyników. Wstępne rezultaty wskazywały tylko, że zwycięstwo uzyskała opozycyjna partia FDI pani Megawati przed rządzącą jeszcze prosuhartowską partią GOLKAR. To oznaczałoby koniec dominacji ludzi Suharto i zapowiedź zmian całej dotychczasowej polityki Indonezji.

        Zbliżało się lato i planowałem już nareszcie wspólny rodzinny wyjazd gdzieś w Polskę. W drugiej połowie czerwca, dokładnie po dwóch tygodniach od mojego powrotu, domowy telefaks wypluł mało czytelny list z Jakarty:

Szanowny Panie Jerzy Kostrzewa,

12 sierpnia tego roku obchodzimy w Indonezji dzień niepodległości. Dlatego chcieliśmy zorganizować dla 30 żołnierzy - członków Wojskowego Stowarzyszenia Alpinistycznego - i kilku studentów z Jakarty milenijną wyprawę na najwyższą górę Indonezji Puncak Jaya (Szczyt Wolności). Obchody miałyby miejsce w bazie u stóp góry. Być może niektórzy z uczestników zdobędą również szczyt. Do ochrony sierpniowej wyprawy wojsko oddelegowało pięciu komandosów z doborowej jednostki specjalnej armii indonezyjskiej. W związku z tym chcieliśmy już w lipcu, dokładnie 7, polecieć na Irian Jaya i przetrenować z komandosami wejście na najwyższy szczyt Indonezji. Mamy więc zaszczyt zaprosić do udziału w tym wyjeździe m.in. Pana i Kubę. Do naszej grupy dołączy też kilku wspinaczy z Europy: jeden Niemiec, trzech Austriaków i trzech alpinistów z Łotwy. Mamy nadzieję, że podczas tej wyprawy nasi komandosi wiele nauczą się i zdobędą niezbędne doświadczenie, ażeby w sierpniu poprowadzić rocznicową ekspedycję. Jeżeli zdecydujecie się na uczestnictwo, czekamy na Was 6 lipca w Jakarcie w Hotelu Karya. Odlot z Jakarty nastąpi już 7 lipca rano liniami lotniczymi AIRFAST, należącymi do kopalni Freeport.

Prosimy o potwierdzenie przyjazdu.

Monty Sorogan

Adventure Indonesia,                            Jakarta, 20 czerwca 1999 r.

(z szacunkiem i honorem dla George’a Mallory’ego „Wielkiego Człowieka Gór”[1])

Czyżby znowu wyjazdowa ruletka zaczęła się od początku? Dzwonię do Kuby. On również otrzymał fax z Jakarty podobnej treści. Na wyjazd zdecydował się natychmiast. Odniosłem nawet wrażenie, że niezdobyty dotąd przez żadnego Polaka Carstensz jeszcze bardziej go podniecał, a jako że Kuba był nauczycielem sportu - wyzwalał w nim wręcz ducha rywalizacji. Nie było czasu na dłuższe zastanowienia. Mój plecak po przyjeździe z Indonezji jeszcze stał w rogu pokoju nie do końca rozpakowany. Cóż, postanowiłem również polecieć. Szkoda może tylko kolejnych rodzinnych wakacji. Pomyślałem jednak, że i czas na wjazd na Irian Jaya był najlepszy z możliwych. Po wyborach powstało niewątpliwie zamieszanie w całej machinie indonezyjskiej biurokracji. Lokalni administratorzy i komendanci czuli już, że mogą stracić władzę. Od razu pomyślałem o „moim” komendancie z Jayapury, że być może i on odejdzie. Teraz był czas bezkrólewia. Zorganizowanie wyprawy właśnie w tym okresie było ze strony Monty`ego i grupy wojskowych bardzo dobrym posunięciem. A więc jedziemy.

        Tym razem lecieliśmy z Kubą przez Zurych i Singapur. Jeszcze na trzy dni przed odlotem gazeta „Rzeczpospolita” donosiła o kolejnych zajściach w Jakarcie: „Indonezyjska policja użyła broni palnej, by rozpędzić demonstrantów. Conajmniej 36 osób zostało rannych. Manifestanci domagali się delegalizacji partii Golkar i dymisji następcy Suharto, prezydenta Jusufa Habibiego”. A więc w Jakarcie mogło być bardzo gorąco. Byłem ciekaw co znowu przyniesie nam ta wyprawa.

Nasi starzy znajomi z Agencji czekali już na lotnisku. Zawieźli nas do hotelu Karya i zaraz tego samego wieczoru Monty Sorogan zorganizował spotkanie z żołnierzami-komandosami i z przewodnikami indonezyjskimi, którzy mieli brać udział w wyprawie.

Wszystko więc zaczynało wyglądać dużo bardziej realnie, niż podczas naszego pierwszego pobytu. Wtedy czas był gumowy, chociażby przy niekończących się dywagacjach na temat pozwoleń. Teraz wszystko wydawało się zaplanowane co do minuty. Wyczuwalny był też duży pośpiech przy organizacji wyprawy. Zapewne szef Agencji, Monty, obawiał się, że każdy dzień zwłoki może skończyć się niemiłą niespodzianką. Przeczuwał, że oddelegowani na wyprawę komandosi oddziałów specjalnych mogli być w każdej chwili wezwani do akcji gdzieś w Indonezji. I nasz wyjazd mógł skończyć się w Jakarcie. Należało więc jak najszybciej stąd uciec. Tutaj każdego dnia mogło dojść do kolejnego wybuchu niekontrolowanej demonstracji, a sytuacja w Timorze wymykała się spod jakiejkolwiek kontroli. Dodawało to pewnego dramatyzmu naszym poczynaniom, ale jednocześnie stwarzało nadzieję, że dotrzemy w końcu w niedostępne góry Nowej Gwinei. Okazało się także, że oddziały specjalne, do których należą nasi komandosi, chronią również kopalnię Freeport. Fakt ten jeszcze bardziej przekonywał mnie, że przejdziemy niedostępny Freeport i dotrzemy w góry, a komendant w Jayapurze niewiele będzie miał do powiedzenia.

Podczas wspólnej kolacji pojawili się trzej Łotysze. Jeden z nich, starszy już wiekiem alpinista Ivars Sedlenieks, odznaczony kiedyś orderem bohatera Związku Radzieckiego, brał udział w wielu radzieckich wyprawach, zwanych wtedy szumnie i dumnie „narodowymi”. Jego zmęczona i poorana zmarszczkami twarz mogła niejedno powiedzieć o alpinistycznych, a może też politycznych przeżyciach. Nie dotarli jeszcze Niemiec i Austriacy, którzy mieli przylecieć następnego dnia. My z kolei już o trzeciej w nocy mieliśmy polecieć prosto do Timiki, należącymi do kopalni liniami AIRFAST. Wszyscy razem mieliśmy spotkać się dopiero w Timice.

  • To wyjątkowy wyjazd – mówił Monty. – Wyobraźcie sobie, że do naszej grupy dołączy z Austrii przyjaciel i uczeń Heinricha Harrera[2] - Klemens Ganner. Wiezie dla mnie prezent - książkę pierwszego zdobywcy Piramidy Carstensza pt. „Przychodzę z epoki kamiennej”, z dedykacją od samego autora dla naszej Agencji Adventure Indonesia! Mając takie wsparcie duchowe i takich uczestników, musimy wejść na Carstensza!

Monty przedstawił nam na kolacji kapitana Ivana, który dowodzić będzie grupą komandosów, oraz  przewodnika górskiego Rudiego. Ten ostatni już wielokrotnie wprowadzał wpinaczy na Piramidę Carstensza. Jest doświadczonym himalaistą, dwa lata wcześniej brał udział w narodowej indonezyjskiej wyprawie na Mt. Everest. Wyglądało na to, że - w porównaniu z naszym wcześniejszym pobytem – Agencja ma teraz wszystko zaplanowane na sto procent.

        Po ośmiu godzinach lotu i międzylądowaniach w Surabaya i Ujung Pandang dolecieliśmy do Timiki. Prawie cztery tysiące kilometrów - to naprawdę daleko. Sam lot z Jakarty do Timiki kosztował więcej niż z Warszawy do Jakarty, mimo że Europa oddalona jest od Jawy o ponad 10 tysięcy kilometrów. Jednak wewnętrzne linie indonezyjskie są nieproporcjonalnie drogie, a linie AIRFAST tym bardziej. Są to zresztą wyjątkowe linie lotnicze. Należą do kopalni Freeport i obsługują przewozy swoich pracowników z Jawy na Irian Jaya. Posiadają nowoczesne Boeingi, a na lotniskach osobne terminale. Linia jest prywatna, a loty są niedostępne dla kogoś, kto nie jest związany z największą kopalnią złota, miedzi i srebra na świecie.

Dolecieliśmy do Timiki wczesnym popołudniem lokalnego czasu. Trzeba było tylko znowu przestawić zegarki o dwie godziny do przodu. Tak więc różnica czasu pomiędzy Nową Gwineą a Polską wynosiła już dziesięć godzin.

Wstępnie mieliśmy nocować w „Sheratonie”, ale chyba z powodu wysokich kosztów zakwaterowano nas w hotelu „Serayu”. A więc wróciłem dokładnie w to samo miejsce, w którym spałem dwa miesiące temu. Hotelowa obsługa była zaskoczona moją ponowną obecnością tutaj. Ja natomiast czułem się jak u siebie. Wyszło na to, że to ja zostałem przewodnikiem całej grupy po hotelu i po Timice. Zaprosiłem wszystkich na piwo do „Sheratonu”, żeby przedyskutować plany na następny dzień. Cała grupa musiała czekać na wspinaczy z Niemiec i Austrii.

 W grupie Łotyszy, oprócz wspomnianego bohatera alpinizmu, było jeszcze dwóch młodych wspinaczy: Ilgvars Pauls i Peteris Kolis. Ilgvars był na drodze do zrobienia Korony Ziemi jako pierwszy Łotysz. Najmłodszy Peteris sprawiał wrażenie, iż jest sponsorem swoich kolegów, a jego przyjazd tutaj łączył się raczej z chęcią przeżycia niecodziennej przygody, a nie z wejściem na najwyższy szczyt pomiędzy Himalajami a Andami.

W „Sheratonie” spotkałem się znowu z Ursem Klee. Nie krył swojego podziwu, iż udało mi się wreszcie dotrzeć z legalną wyprawą do Timiki i realizować górskie fanaberie. Opowiedziałem mu swoje przygody w Jayapurze, spotkanie z Budim i eskapadę do Doliny Baliem. Urs był trochę zdziwiony, że zatrzymaliśmy się w „Serayu”, a nie u niego w hotelu. Wspomniał tylko, że jego dni są już tu policzone i prawdopodobnie we wrześniu opuści niebezpieczny Irian Jaya, aby przenieść się do pracy w Malezji. Zaprosił mnie nawet do odwiedzin.

Następnego dnia wcześnie rano dotarli do Hotelu „Serayu” Niemiec Karl Winner i rodzina Austriaków - Klemens i Ingrid Ganner z synem Petterem. Byli tak zmęczeni po tych wszystkich lotach z Europy i przesiadkach, że praktycznie cały dzień spali. Ja natomiast z kapitanem Ivanem i Kubą pojechałem przed południem do amerykańskiego osiedla Kuala Kencana. Chcieliśmy zrobić ostatnie wyprawowe zakupy żywności. Tym razem, jadąc do tego zamkniętego osiedla wojskowym samochodem w towarzystwie kapitana Ivana, nie musiałem już obawiać się o jakiekolwiek problemy na punktach kontrolnych. Supermarket w Kuala Kencana niczym nie różnił się od podobnych w Europie czy Ameryce. Zaskoczyły nas też ceny żywności, które były znacznie niższe, aniżeli w Jakarcie czy Polsce. Kapitan Ivan wspomniał tylko, że towary tu  sprzedawane są dofinansowywane przez kopalnię. Zupełnie niepotrzebnie targaliśmy z Kubą przez pół kuli ziemskiej przeróżne polskie konserwy!

Dopiero po dwóch dniach pobytu w Timice wcześnie rano zabrano nasze wszystkie bagaże do Tembagapury. Parę godzin później wsiedliśmy do obszernej terenowej Toyoty. Pogoda była nienajlepsza. Kiedy byłem w Timice pierwszy raz, codziennie zaczynało padać po południu. Tym razem lało od rana. Trochę przejaśniało się między godz. 7.00 a 8.00, a potem już bez przerwy padał deszcz. Jechaliśmy dobrze utrzymaną krętą drogą górską. Czasami na podjazdach droga była z betonu, ale  zazwyczaj nawierzchnia była szutrowa. Przypominała mi do złudzenia słynną kanadyjską Alaska Highway. Niewykluczone, że wiele tamtych drogowych doświadczeń zostało tu wykorzystanych przez budujących tę drogę Amerykanów.

  • To arteria życia dla Freeportu - krzyczał kierowca naszego samochodu. – Jedyne połączenie między kopalnią położoną w górach a portem Amamapare na południowym wybrzeżu. Po drodze jest tylko Timika i górnicze zamknięte miasto Tembagapura, do której jedziemy. Droga ma ponad sto kilometrów. Podobnie jak wszystkie pojazdy poruszające się po niej - należy do kopalni. Spójrzcie jak duży ruch tu panuje.

Rzeczywiście, bez przerwy mijaliśmy wielkie, wolno poruszające się ciężarówki lub żółte amerykańskie autobusy. Robiło to wrażenie, gdyż samochody miały zapalone światła i majestatycznie wynurzały się z panującej tego dnia mgły i deszczu. Do tego komentarz kierowcy, który świetnie pełnił rolę naszego przewodnika, przypominał narracje filmu zrealizowanego przez National Geographic.

  • Tą jedyną drogą - kontynuował - przejeżdża dziennie kopalnianymi autobusami około 20 tysięcy pracowników, a w wahadłowym ruchu jest na tej drodze w ciągu dnia ponad tysiąc ciężarówek. Wszystkie towary sprowadza się tu spoza Irian Jaya. Wyobraźcie sobie, że mieszkańcy górniczego miasteczka Tembagapury w ciągu jednego tylko miesiąca zjadają aż milion jaj i ponad 500 ton wszelakiej żywności. Załoga licząca około 200 ludzi utrzymuje 24 godziny na dobę drogę w stanie pełnej przejezdności. Gdyby tę drogę zostawić bez konserwacji na kilka dni, potrzebny byłby co najmniej jeden miesiąc prac, by przywrócić ją do stanu pierwotnego. Padające tu bez przerwy deszcze - więcej niż 10 metrów opadu na rok - i ciężki ruch zniszczyłyby bardzo szybko szutrową nawierzchnię. Co roku trzeba dosypać aż 25 cm szutru.

W pewnym momencie zatrzymaliśmy się na poboczu. Na zewnątrz nadal lało. Ale wszyscy chcieli rozprostować trochę kości, więc wysiedliśmy na chwilę z samochodu.

  • To jeden z bardziej niebezpiecznych zakrętów w drodze do Tembagapury - pokazywał kierowca.  - Za nim jest już tylko 300 metrowa przepaść. Na tym zakręcie zastosowano bardzo ciekawe barierki. Ustawione pionowo opony zatopiono do połowy w betonie i połączono grubą stalową liną. To pomysł naszych inżynierów. Działa rewelacyjnie. Kilka lat temu właśnie na tym zakręcie wypadł autobus z 64 pasażerami. Uderzył o barierki, ale na szczęście lina i opony wytrzymały i nikomu nic się nie stało. Przy tradycyjnych betonowych barierkach autobus zapewne spadłby w przepaść.

Staliśmy tak przez chwilę, patrząc w dół na dno urwiska. Dobrze wiedzieć, że ta wyglądająca na wielką prowizorkę barierka może być również dla nas ostatnią deską ratunku. Oby jednak do tego nie doszło! Moją uwagę zwróciły poprowadzone wzdłuż pobocza kolorowe rury.

- Cóż to takiego? – zapytałem.

- Rurociąg złota i miedzi. Kilka lat temu, kiedy kopalnia zwiększyła wydobycie i zaczęto eksploatować górę Grasberg, powstał problem transportu rudy z gór na dół, do portu. W tym celu zbudowano ten rurociąg, którym przepycha się koncentrat zmielonej rudy z kopalni wprost na stojące w odległości ponad 100 km specjalistyczne statki. Doskonały pomysł! I pomyśleć, że tymi rurami płynie prawie 10% światowej produkcji miedzi, a w niedługim czasie będzie to już 20%. Nie wspomnę już o złocie, czy srebrze.

Jechaliśmy dalej. Droga nadal pięła się serpentynami na porośnięte dżunglą wzgórza i ginęła gdzieś wysoko we mgle. Czasami wolno wjeżdżaliśmy w mroczne tunele, a silnik ciężko pracował na stromych podjazdach. A przecież gdzieś za tymi górami leży Dolina Baliem, której mieszkańcy, żyjąc tak jak w epoce kamiennej, nie wiedzą być może o drodze pełnej ciężarówek, Tembagapurze, kopalni i innych cudach naszej cywilizacji. Dojechaliśmy do miejsca, z którego w dole, w malowniczej kotlinie, ukazały się czerwone dachy domów Tembagapury. Z leżącej na poziomie morza Timiki w ciągu dwóch godzin wjechaliśmy na wysokość 2600 m, a teraz powoli zjeżdżaliśmy już 700 m w dół do „miasta miedzi”.

        Zawieźli nas pod budynek koszar wojskowych oddziałów specjalnych, stacjonujących tu w celu ochrony kopalni. Kapitan Ivan zakomunikował tylko, że dziś śpimy tu, a jutro najprawdopodobniej wyjedziemy w góry. Po południu wspólnie z Łotyszami wyszliśmy na spacer po Tembagapurze, która standardem domów, ulic, sklepów przypominała podobne miasta w Ameryce. Tylko że ta górska miejscowość jest prywatnym, kopalnianym osiedlem. Samochody nie mają normalnych rejestracji, tylko boczne numery, a wszędzie płaci się kopalnianą plastikową kartą. Mieszka tu około 15 tysięcy pracowników, głównie robotników i inżynierów z całej Indonezji i nie tylko. Większość z nich - z dala od domu i rodzin. Różnica pomiędzy tym osiedlem a położonym koło Timiki  Kuala Kencana jest taka, że tam mieszka głównie wyższy personel z rodzinami. Tutaj żyją pracownicy niższego szczebla i robotnicy, bardzo często bez rodzin. Ale dla wszystkich  mieszkańców miasteczko może być atrakcyjne. Kopalnia bowiem pobudowała nowoczesny sportowy kompleks, przykryty dachem. Są boiska do siatkówki, piłki, tenisa, basen kąpielowy. Zauważyłem też chrześcijańską kaplicę i mały meczet. Był też supermarket, biblioteka i nowoczesna szkoła, bary i kafejki. Dotarliśmy nawet do krytej ściany wspinaczkowej. Okazuje się, że ten górniczy kombinat ma swój klub wspinaczkowy! Kiedy weszliśmy do hali, akurat pod sufitem trenowali członkowie sekcji alpinistycznej P.T. Freeport. Jako skałkowcy, byli wręcz akrobatami. Nikt z nas nawet nie próbował przymierzyć się do pokonania ekstremalnie trudnej drogi na ściance.

Wieczorem nasz kapitan Ivan ze swoją czwórką komandosów zaprowadził całą grupę do ekskluzywnej restauracji na inauguracyjne piwo. Siedzieliśmy przy dobrej muzyce i piliśmy prawdziwego Heinekena. Nawet zjeść można było równie dobrze jak w Nowym Jorku czy Berlinie. W takich momentach znowu przypominały mi się plemiona tubylców, żyjące tak, jak tysiące lat temu, tuż nieopodal, może nawet przy granicy z kopalnią. Wcześniej, jeszcze przed moją pierwszą podróżą na Nową Gwineę, nie podejrzewałem, że w sercu tej wyspy tak blisko siebie żyją dwie, zupełnie różne i odległe, cywilizacje.

Tej nocy spaliśmy na podłodze malutkiego koszarowego pokoiku. Był to wyjątkowo nieprzyjemny nocleg. Co chwilę ktoś potykał się o mnie, idąc do ubikacji, lub wracając z niej. Rano z kolei zamiast szczoteczki do zębów i mydła, komandosi wypakowali ze swych plecaków broń i na oczach wszystkich zaczęli zabawiać się swoimi pistoletami. Czyścili je, ładowali, rozładowywali.

  • Po co wam ta broń? – zapytałem lekko przerażony, obserwując nie do końca zrozumiałe dla mnie zabawy. Prawdę mówiąc, nigdy nie byłem w wojsku, a broń w każdej postaci zawsze budzi we mnie przerażenie.
  • Lepiej, żeby się nie przydała – odpowiedział jeden z wojskowych. - Ale naszym zadaniem jest ochrona wyprawy. Bez nas nie wpuściliby nikogo z was na teren kopalni, ani nie pozwoliliby wyjść w góry. Takie są tu zasady. Wojsko jest konieczne i dobrze, że tę broń mamy przy sobie. To budzi respekt. Kiedy jesteś już w górach, nigdy nie wiesz, czy przypadkowo nie natkniesz się na papuaskich rebeliantów.

Generalnie uczestnicy wyprawy nie martwili się o nic. Wszystko było na głowie kapitana Ivana, komandosów i naszych przewodników. W zasadzie nie wiedzieliśmy jak długo jeszcze pozostaniemy w Tembagapurze. Czy będziemy spać tu jeszcze jedną noc, czy nie. Mówiło się, że być może tego ranka za godzinę lub dwie wyjedziemy w góry. Odniosłem nawet wrażenie, iż celowo nie  informuje się nas o dokładnej godzinie wymarszu, ażeby tylko nikt z uczestników nie oddalał się zbyt daleko od koszar i zbyt wiele nie widział. W południe było już wiadomo, że wyruszamy natychmiast po obiedzie. Zawieźli nas przedtem do kopalnianej stołówki. Czynna od godziny 3.00 w nocy do 22.00 jadłodajnia serwowała potrawy z całego świata. Od pizzy po amerykańsku i włoskiego spaghetti przez chińskie i indyjskie potrawy, aż po wyszukane muzułmańskie dania. Można było śmiało powiedzieć, że jest to restauracja multikulturowa. Wszak śniadania, obiady czy kolacje jedzą tu pracownicy kopalni, którzy pochodzą z różnych stron świata. Po wyjściu z restauracji okazało się, że w całej grupie brakuje nam Kuby. Zniknął gdzieś na zapleczu jadłodajni. Po kilku minutach trąbienia klaksonem postanowiłem go odszukać. Wszedłem od tyłu do kuchni i ku mojemu zdziwieniu usłyszałem wyraźnie jak Kuba rozmawia z kimś po .... polsku.

  • Jestem Mucha – przedstawił się łamaną polszczyzną rosły, barczysty mężczyzna. - Właśnie rozmawiamy z twoim przyjacielem o tym nieprawdopodobnym spotkaniu i o tym, że jesteście pierwszymi Polakami z Polski, których spotkałem na Irian Jaya. A pracuję tu ho, ho, osiem długich lat.

Pan Mucha okazał się Australijczykiem polskiego  pochodzenia. Niestety, nigdy nie był w kraju swojego ojca. Urodził się w Anglii po drugiej wojnie światowej, tam też chodził do polskiej szkoły. Teraz pracuje dla kopalni i  - jak się okazało  - jest właśnie szefem tejże restauracji.

  • Szkoda, że się spieszycie, chłopaki – zwrócił się do nas z szerokim uśmiechem. – Koniecznie musimy się spotkać, gdy wrócicie z gór. Ale nie tu. Nie lubię tego miejsca. Tutaj w Tembagapurze czuję się jak na wygnaniu. Wszyscy, którzy tu przyjeżdżają do pracy, mówią, że to miejsce jest jak Syberia Indonezji. Jest tu zimno, mokro, mglisto i ponuro. Żyjemy w tych mrocznych górach na dnie głębokiej doliny, gdzie słońce rzadko zagląda. I na dodatek wszędzie stąd daleko. Podobno gdy zaczęli kopać pierwszą rudę jeszcze w latach siedemdziesiątych, osiedle wyglądało jak obóz dla jeńców wojennych. Teraz na szczęście zrobili tu małą Amerykę. Na dole, u mojego brata w Kuala Kencana jest inaczej. Zrobimy tam grilla i coś wypijemy. On pracuje w zarządzie kopalni. Ale żeby was to nie zdziwiło, mój brat nie nazywa się Mucha, tylko Gąsior. Mamy tę samą matkę Angielkę, ale dwóch różnych ojców, właśnie Muchę i Gąsiora. Obaj byli Polakami i służyli w Armii Generała Andersa.

Nieprawdopodobna historia - dwóch braci polskiego pochodzenia, żyjących tu, na końcu świata, z tak charakterystycznymi polskimi nazwiskami jak Mucha i Gąsior!

  • Słyszałem, że w Polsce wiele się zmieniło.
  • Dobrze słyszałeś. – odpowiedziałem - Myślę, że największą zmianą jest to, że wcześniej nigdy przedtem nie byłoby możliwe takie spotkanie z Tobą tutaj, w niedostępnej kopalni. Po prostu granice stały się dla nas otwarte. Rozumiesz, swoboda poruszania się. Choć nie ukrywam, że nadal barierą są pieniądze, podobnie zresztą jak dla wszystkich na całym świecie.

Po tym krótkim spotkaniu rodaków, wróciliśmy do samochodu. Zawieźli nas jeszcze raz pod koszary. Tutaj czekali już miejscowi tragarze zwerbowani prawdopodobnie gdzieś na dole w Timice. Ich twarze nie przypominały tych, jakie widziałem jeszcze w maju w Dolinie Baliem. Było to już kolejne pokolenie miejscowych, którzy mieli kontakt z białymi. Tragarze wsiedli do ogromnego zielonego autobusu, który bardziej przypominał ciężarówkę. My natomiast wsiedliśmy do drugiego, równie potężnego, ale żółtego. W autobusie kapitan Ivan i pracownicy kopalni przestrzegli wszystkich, ażeby pod żadnym pozorem nie fotografować drogi i innych urządzeń na terenie kopalni. Po dziesięciu kilometrach wspinania się szutrową drogą dojechaliśmy do dolnej stacji kolejki linowej. Na początku lat 70., kiedy ją uruchomiono, była najdłuższą kolejką tego typu na świecie. W budowie zatrudniono najlepszych specjalistów ze Szwajcarii. Stąd kolejka ma przenieść nas nad ogromny 680-metrowy skalny uskok. Ten to właśnie uskok był w 1936 roku dla pierwszych holenderskich wspinaczy Dozy`ego, Colijna, Wissela najtrudniejszą przeszkodą w marszu do masywu Carstensza. Mamy chyba szczęście, że docieramy w te góry drogą dawnych zdobywców, to znaczy od południa. Może trochę żal, że pozbawieni jesteśmy całej wspaniałej drogi dojścia. Bez przeszkód w kilkanaście minut kolejką osiągamy wysokość 3600 m. n.p.m. Nie wiem czy celowo wybrano dla nas deszczową i mglistą porę dnia, gdyż niewiele można było zobaczyć z okien wagonika, który zanurzał się tylko w szarej mgle. Ale i tak to, co zdążyłem zaobserwować, to, co majaczyło poniżej wagonika i dawało obraz ogromu kopalni i zniszczeń dokonanych w tych dzikich górach, wywarło na mnie ogromne wrażenie. Spod kurtki zdążyłem nawet zrobić kilka niedozwolonych zdjęć.

Jeszcze do niedawna kolejka służyła do zwożenia z gór całego kopalnianego urobku. Wagonik mógł przewieść jednorazowo 17 ton rudy. W tej chwili kolejka służy wyłącznie do przewozu pracowników i sprzętu. Rudę natomiast zrzuca się z wielkiego uskoku w dół, następnie mieli się ją w ogromnych młynach, poddaje obróbce, a dalej transportuje już rurociągami do portu na wybrzeżu. Kopalnia pracuje 24 godziny na dobę. Nie wiem ile w tym prawdy, ale ocenia się, że dziennie Freeport wydobywa rudy za około 10 mln dolarów! I pomyśleć, że w jednej tonie rudy z Grasbergu jest zaledwie kilka gram złota i tyleż samo miedzi! Ileż ton rudy trzeba tu wykopać, żeby dalej, gdzieś w Australii, wytopić z niej błyszczącą sztabę tego kruszcu? Przecież oni te góry niedługo rozbiorą.

Górna stacja kolejki położona jest na krawędzi długiego płaskowyżu, nazwanego jeszcze przez grupę Dozy`ego w 1936 roku Carstenszweide – Łąka pod Carstenszem. Tu Holendrzy rozbili swoją bazę, a młody geolog Jean Jacques Dozy dokonał odkrycia rudonośnych gór Ertsberg i Grasberg. Stare fotografie z tamtej ekspedycji niczym nie przypominają obecnego płaskowyżu. Teraz wygląda tu jak na Księżycu.

Mieliśmy cholernego pecha. Mgła była tak gęsta, że słynne odkrywki Grasberg i Ertsberg nie były widoczne. Z górnej stacji kolejki powieźli nas szeroką drogą do granic kopalni. Po drodze na Carstenszweide mijały nas wyglądające jak gigantyczne monstra ciężarówki, wypełnione po brzegi kamieniem. Ich koła były wyższe od naszego autobusu!

  • To największe na świecie wywrotki, można załadować na nie aż 218 ton rudy –krzyknął ktoś z kopalnianej obsługi naszej grupy.

Podczas całej drogi  przez kopalnię nie spuszczano nas z oka. Poza komandosami towarzyszyła nam cywilna opieka Freeportu. Dotarliśmy do ostatniego punktu kontrolnego u wejścia do doliny Meren. Po wyjściu z autobusu dobiegał do nas gdzieś zza ściany mgły ciężki i ostry zarazem warkot kopalnianych koparek. Pamiętam zdjęcie z magazynu „National Geographic” pokazujące odkrywkę Grasberg. Na szczyt tej „góry złota i miedzi” zbudowano spiralnie biegnącą drogę. Prosto z tej drogi ogromne kopary rozbierały swymi łopatami górę, kamień po kamieniu, ładując rudę na gigantyczne wywrotki. I pomyśleć, że ten proceder rozbierania gór ma trwać tu jeszcze dziesiątki lat! Gdzie ja wylądowałem? – myślę. Miały to być „dziewicze góry Nowej Gwinei”, a jest to miejsce największej katastrofy ekologicznej tej wyspy i całej Indonezji. Ale rząd tego kraju i bogaci tego świata czerpią krociowe profity z tej ziemi. Trudno im pogodzić chęć zysku z zagładą środowiska. Jednak zniszczenia są tu nieodwracalne, a kopalnia ukrywa negatywne skutki wydobycia. Zatrute rzeki, spływające w kierunku Morza Arafura, niosą ławice śniętych ryb, a okoliczne odwieczne lasy usychają. Jest to szok i początek końca dla prastarych mieszkańców tych ziem, dla których lasy i rzeki są podstawą życia. Co prawda, rząd utworzył na tym obszarze największy w Indonezji Park o powierzchni 21500 km² pod nazwą Rezerwat Lorenza, obejmujący obszar od lodowców masywu Carstensza poprzez deszczowe lasy na południu aż po bagniste moczary na wybrzeżu. Ale jednocześnie ten sam rząd wydał koncesje dla kopalni Freeport, rozszerzając jej teren eksploatacji z 100 km² do 26 000 km²! W tej chwili teren należący do kopalni bezpośrednio graniczy z mniejszym powierzchniowo rezerwatem. Trudno przewidzieć skutki takiej decyzji dla niepowtarzalnego charakteru Gór Śnieżnych. Na pewno ucierpi to miejsce, gdzie nadal spotkać można unikalne, endemiczne gatunki zwierząt i roślin oraz lodowce pod równikiem. Szkoda, gdyż nie mamy takich miejsc zbyt wiele na Ziemi. Dlatego tym bardziej powinno się dołożyć  wszelkich starań, aby uchronić je przed całkowitym zniszczeniem.

Jaka to ulga, że mogę się stąd oddalić. Początkowo błotnisty, ciężki szlak prowadził doliną Meren przez niezbyt gęsty, karłowaty las. Nie szliśmy razem, każdy podążał do przodu swoim tempem. Po godzinie dotarłem pod wysoką, może 120-metrową skalną ścianę, pod którą czekali wszyscy tragarze. Ciemna ściana miała charakterystyczne żółte pionowe pręgi. Nazywano ją „zebrą”. Ponieważ była od swej podstawy silnie przewieszona, stanowiła suche, przyjemne miejsce do odpoczynku. Pod ścianą  - ku mojemu zdziwieniu  - oprócz tragarzy siedziała drobna papuaska kobieta z maleńkim dzieckiem na ręku. Obok niej było jeszcze dwoje młodych Papuasów. Wszyscy otuleni w koce wyglądali na wyjątkowo zmęczonych i zziębniętych. Podobno przyszli tu z drugiej, północnej strony wielkiego masywu Gór Śnieżnych. Szli z dalekich wiosek oddalonych stąd o co najmniej dziesięć dni pieszej wędrówki. Przeszli Przełęcz Nowozelandzką i zamierzają teraz dotrzeć gdzieś w pobliże Timiki. To nieprawdopodobne, ale oni w ogóle nie posiadają obuwia - przez góry szli boso! My wszyscy - ubrani w ciepłe polarowe swetry, goreteksowe kurtki, czapki i wodoszczelne, wysokie, górskie buty  - patrzyliśmy z niedowierzaniem. Poczęstowaliśmy ich ciastkami i czekoladą. Odniosłem wrażenie, że dla nich ta wędrówka jest jak podróż życia, wejście do Nowego Świata. Ale jest też w tym wiele tragizmu. Przecież na ich oczach rozbiera się ich własne, magiczne góry! Zawsze, kiedy grupy Papuasów przechodziły w pobliżu Carstenszweide w pogoni za zwierzyną, spoglądały z namaszczeniem na górę Grasberg. Była  inna od pozostałych, zalesionych wzgórz. Grasberg w bardzo dziwny sposób pozbawiony był drzew i to właśnie stanowiło dla miejscowych zagadkę. Intuicyjnie wyczuwali, że jest to ważna góra. Nie mylili się. Dawno już zauważyli tę geologiczną anomalię, która okazała się później największą odkrytą górą złota na Ziemi. Miejscowe plemiona Amungme, zamieszkujące tereny niedaleko kopalni, dziś mówią nawet, że wielkie koparki „wykopują ich matczyny mózg”.

Przesiedziałem może z pół godziny pod wielką ścianą „zebry”. Kopalnia zawsze obawia się miejscowych plemion przychodzących z drugiej strony gór. Nierzadko też ze strony północnej docierali tu partyzanci z O.P.M., nie koniecznie z pokojowymi zamiarami. Dla ludzi z O.P.M. kopalnia Freeport jest symbolem władzy indonezyjskiej w Irian Jaya. Często zdarzały się z ich strony ataki na kopalniane urządzenia. Niszczono taśmociągi, podpalano składy paliwa, demolowano laboratoria. Naturalnie, Freeport wzmocnił wojskową ochronę kopalni. A jeżeli jakiekolwiek grupy papuaskie dotrą z północy do granic kopalni, chcąc przez nią przejść, ochrona natychmiast podstawia autobus i przewozi ich na dół do Timiki. Być może tam szukają lepszego nowego życia.

Od ściany „zebry” do miejsca, które wybrano na obóz bazowy, lekki marsz trwa około  dwóch godzin. Po przyniesieniu naszych worów, tragarze natychmiast zbiegli w dół. Namioty rozbiliśmy tuż przy malowniczym jeziorku o kolorze szmaragdu, w górnej części doliny Meren. Zauważyłem, że nie wszyscy czuli się tu dobrze. W ciągu zaledwie kilku godzin z Tembagapury, leżącej na wysokości 1900 m. n.p.m, znaleźliśmy się w bazie na wysokości 4200 m. n.p.m. Na silny ból głowy skarżyli się szczególnie komandosi. Wysokość dawała o sobie znać. Nawet tu, na 4000 metrów, istnieje niebezpieczeństwo choroby wysokościowej. Potrzeba trochę czasu - kilka dni  - na dobrą aklimatyzację. Wspólnie z Kubą rozbiliśmy nasz namiot. Komandosi i przewodnik Rudi zbudowali tuż przy nas bazową kuchnię, rozpinając nad nią wielką zieloną plandekę. Przez najbliższy tydzień będzie to nasze miejsce przygotowywania posiłków i wspólnych spotkań. Indonezyjczycy gotowali na starych i głośnych benzynowych maszynkach. W plandece nad paleniskiem brak było, niestety, jakiejkolwiek dziury, która służyłaby jako otwór wentylacyjny. W związku z tym pod sufitem zbierały się benzynowe spaliny i zbyt długie przesiadywanie przy rozpalonych juwlach[3] powodowało, iż chciało mi się wymiotować. Najlepiej było więc leżeć nisko przy ziemi, ale i tak ostry smród spalin wyciskał łzy z moich oczu. Na szczęście, zabrałem ze sobą gazowe kartusze i maszynkę, dzięki czemu nawet podczas ulewy mogliśmy bezpiecznie gotować we własnym namiocie, z dala od benzynowego smrodu.

Następnego dnia rankiem obudziło mnie walenie ciężkiego deszczu o ściany tropiku. Nasz namiot, wczoraj niezbyt solidnie rozbity, zaczął przeciekać. A przez przedsionek, w którym stały buty, płynęła struga wody.

  • Jak na pierwszy dzień naszej aklimatyzacji i odpoczynku, to chyba dobra pogoda – rzuciłem na powitanie.

Po śniadaniu deszcz jakby przestał na chwilę padać. Niebo jednak nadal zakryte było gęstymi, czarnymi chmurami, co nie wróżyło tego dnia żadnej poprawy pogody. Mimo to postanowiliśmy całą grupą wyruszyć na krótki rekonesans pod ścianę Carstensza. Nikomu nie przeszkadzała perspektywa deszczu. Zresztą gdybyśmy w tych górach chcieli czekać na pewną pogodę, to podejrzewam, że nigdy nie wyszlibyśmy w ogóle poza bazę. Aby dostać się pod naszą górę, musieliśmy przejść do sąsiedniej Żółtej Doliny, pokonując wysoką grzędę. Ścieżka wznosiła się w górę i kluczyła pomiędzy dużymi skalnymi blokami. Była dobrze oznaczona kopczykami z kamieni. Może po dwudziestu minutach podchodzenia dotarliśmy na szczyt grani. Wszyscy przystanęli, nikt nie ukrywał podniecenia. Przed nami ukazała się północna ściana Piramidy Carstensza.

  • Jest! – krzyknąłem z zachwytem do Kuby. – I nawet ją dobrze widać.

Poczułem się prawie jakbym był już na górze. Nareszcie niedostępna góra stała przede mną! Ileż czasu zabrało dotarcie tu! Podobno Kanadyjczyk Pat Morrow, pierwszy zdobywca Korony Ziemi, walczył o pozwolenie przejścia przez kopalnię i dojście pod Carstensza aż 17 miesięcy. Był to rok 1986. Negocjacje z Indonezyjczykami prowadzone były przez polityków najwyższego szczebla. My walczyliśmy samotnie ponad trzy lata, żeby chociaż spojrzeć na Piramidę z tak bliska.

Zeszliśmy w dół do doliny. Teraz można było podejść bliżej i dokładniej przyjrzeć się pionowej, ponad 600-metrowej wysokości ściany Piramidy Carstensza. Ze swoimi ogromnymi i solidnymi płytami wyglądała na bezpieczną do wspinania. Wzbudzała jednak respekt - nie wyglądała na łatwą. Do tego ciemnoszary kolor wapiennej skały dodawał jej dramatyzmu. Mieliśmy pójść drogą tzw. klasyczną, czyli śladem grupy Harrera i jego pierwszego wejścia w 1962 roku. Droga prowadzi po skosie ku zachodniej grani, po czym długim odcinkiem tejże grani ma wyprowadzić nas na szczyt. Zwykle pokonanie całej drogi na szczyt i z powrotem do podnóża zajmuje ponad dwanaście godzin.

- Dla Harrera była to ponoć najtrudniejsza wyprawa życia. Miał wówczas dokładnie pięćdziesiąt lat, a więc był młodszy ode mnie o trzy lata – odezwał się Klemens, a w jego oczach dało się zauważyć lekkie przerażenie, kiedy tak spoglądał ku górze.

Klemens Ganner, który przywiózł do Jakarty książkę Harrera z dedykacją dla Monty’ego, zna dobrze autora - był jego uczniem. Przed wyjazdem Klemensa na Nową Gwineę Harrer dokładnie poinstruował swego znacznie młodszego przyjaciela o tajemnicach całej drogi. Klemens przywiózł z Austrii ducha pierwszych zdobywców, którzy pokonali tę ścianę i stanęli na najwyższym szczycie pomiędzy Himalajami a Andami. Czy to nie wspaniałe? I nam udzielała się ta atmosfera.

Jeszcze przez chwilę wypatrywaliśmy szczegółów drogi, kiedy górną jej część zaczęła powoli przykrywać mgła.

- Rudi – zapytałem – ta góra ma tyle nazw, jak właściwie ją nazywacie: Carstensz czy Jaya?

- Dla nas Indonezyjczyków jest to Puncak Jaya, czyli Szczyt Zwycięstwa, choć ostatnio wraca się do starej holenderskiej nazwy Carstensz. Natomiast miejscowi z plemienia Amungme nazywają ją Nemang Kawi. Dani z kolei wołają Ndugundugu. Chociaż oni tą nazwą określają wszystkie te szczyty wokoło.

        Tego popołudnia cała grupa siedziała w obozowej kuchni. Rudi serwował dla wszystkich Nasi Goreng – indonezyjski ryż smażony z dodatkiem warzyw i kurczaka. Tym razem do gotowania nie używano benzynowych prymusów. Komandosi zbudowali z kamieni maleńki piec polowy, naznosili gałęzi i rozpalili delikatny ogień. Dym świdrował w nosie, a jego zapach przypominał klimaty starych tatrzańskich bacówek. Nie było tylko wśród nas Ingrid i Petera Ganner. Syn Klemensa czuł się ostatniej nocy fatalnie. W dzień nasiliły się wymioty i musiał zejść w towarzystwie matki i jednego z komandosów na dół, do kopalni. To najlepsze lekarstwo na tą wysokogórską dolegliwość – schodzić jak najszybciej w dół, tam, gdzie jest więcej tlenu. Wszyscy mieli nadzieje, że silne objawy choroby wysokościowej, jakie przeżywał, miną i wkrótce wróci do nas.

  • Tak to zazwyczaj bywa, kiedy zbyt szybko pokonuje się wysokość – skomentował Klemens. - Zauważcie jak zmieniły się czasy. Harrer i jego dwóch partnerów potrzebowali miesiąca, ażeby dotrzeć tu z Ilagi. A my w ciągu dwóch dni znaleźliśmy się w bazie. Jego wyprawa miała aż 120 tragarzy i ponad dwie tony własnego bagażu. Wzięli ze sobą nawet pontony, ażeby ewentualnie spłynąć rzekami na południowe wybrzeże, a stamtąd do Australii. To była bardzo dobrze przygotowana ekspedycja. Chyba jedna z ostatnich w historii odkrywania tych gór, która prowadziła przez tak dziewicze tereny. Jako tragarzy Harrer zabrał nagich Dani, którzy nigdy wcześniej nie mieli na sobie żadnych ubrań. Musiał ich przyodziać, zabierając ich w śnieżne góry. Podobno było to niezwykle zabawne. Guziki brali za ozdoby, a dziurki za dziury w materiale. Nie widzieli różnicy pomiędzy nogawką spodni a rękawem koszuli. Niektórzy nakładali spodnie na głowę a potem nie mogli sobie poradzić przy wkładaniu koszuli na nogi. Najwięcej problemu zajęło przekonanie każdego z Dani, aby zdjął kotekę. W spodniach po prostu nie było na nią miejsca.

Od tamtej pory drogą z Ilagi przechodzi niewiele wypraw. Ruch jest wciąż ograniczany. Trzy ostatnie lata w ogóle żadna wyprawa stamtąd nie przyszła. Spotkania  mieszkańców podgórskich wiosek ze wspinaczami nadal są spotkaniem dwóch bardzo odległych światów. Siedząc wygodnie na karimacie z fajką w ustach, Klemens ciągnął dalej opowieść o ekpedycji Harrera.

  • Harrer zabrał na wyprawę dwóch znacznie młodszych alpinistów - studenta medycyny z Australii Russa Kippax i Nowozelandczyka Phila Temple. Ten ostatni znał już drogę w Śnieżne Góry Sudirnam, gdzie leży masyw Carstensza. Dwa lata wcześniej dotarł tu z inną nowozelandzką wyprawą. Wtedy nie przeszli nawet leżącej na 4340 m przełęczy prowadzącej od północy do doliny Meren. Wycofali się ze względu na problemy z zaopatrzeniem - nie dotarły do nich planowane zrzuty samolotowe. Dopiero Harrerowi udało się pokonać tę przełęcz. Wspólnie z Philem nazwali ją Nowozelandzką. Co ciekawe, na starych zdjęciach lotniczych z okresu II wojny przełęcz Nowozelandzka całkowicie skuta była lodem. Kiedy w 1962 roku ekipa Harrera ją pokonywała, śniegu było niewiele. Dzięki temu tragarze, którzy nie byli przyzwyczajeni do chodzenia po tak wysokich górach, bez trudu ją pokonali. Dla plemion żyjących w cieniu Gór Śnieżnych pokryte lśniącym lodem szczyty miały wręcz moc magiczną. Kiedy Dani zetknęli się na przełęczy po raz pierwszy w życiu ze śniegiem, byli zachwyceni. Ku zdumieniu wszystkich zaczęli ściskać Harrera i jego przyjaciół, chcąc w ten sposób podziękować za to, że ich tu przyprowadził. Śnieg najprawdopodobniej brali za sól. Zaczęli nawet zbierać go do puszek, aby zabrać ze sobą na dół do swoich wiosek i pokazać innym wspaniały „dugundugu”. Jednak nie potrafili sobie wyobrazić, że lód stopnieje i pojawi się woda.
  • Przed podróżą tutaj przeczytałem słynną książkę Harrera „Ich komme aus der Steinzeit”[4] – wtrącił w tym momencie Karl, jedyny Niemiec w naszej grupie. – Pamiętam, że dla ekipy Harrera w czasie drogi w góry ci sami tragarze stanowili czasami śmiertelne zagrożenie. Harrer wspominał, że był nawet moment buntu. Sytuacja była groźna. Trzech białych w środku dżungli otoczonych dużą grupą Papuasów, którzy w każdej chwili mogli ich nawet zabić i uciec do lasu. A biorąc pod uwagę skłonności kanibalistyczne tubylców, po wyprawie mogło by nie pozostać żadnego nawet śladu. Bunt na szczęście został zażegnany pojedynkiem na spojrzenia. Harrer zaczął spokojnie, ale stanowczo patrzeć prosto w oczy jednemu z buntowników i zmusił go tym do „uległości”. Był to dobry przykład dla innych.

Zrobiło się już późno. Deszcz ku zdziwieniu wszystkich przestał padać. Wyszedłem  spod kuchennej plandeki. Lekki wiatr rozwiewał mgły nad szczytami i nieoczekiwanie przede mną w górze ukazała się ostra biel lodowca z jego najwyższą kulminacją Ngga Pulu. Zupełnie  jakbym zobaczył śniegi Alp lub Himalajów! A przecież jestem tak niedaleko gorącego równika. To właśnie ten lodowy szczyt jeszcze do niedawna uznawany był za najwyższy pomiędzy Himalajami a Andami, kiedy zdobyli go w 1936 roku Dozy, Colijn i Wissel. Okazało się jednak, że do roku 1962, kiedy dotarła tu ekspedycja Harrera, Ngga Pulu stopił się i stał się niższy od skalnej Piramidy Carstensza. A więc Harrer był pierwszym zdobywcą Piramidy jako najwyższego szczytu Australii i Oceanii, ale wyżej od niego była trójka Holendrów.

Następny dzień każdy chciał wykorzystać na dobry rekonesans po okolicy. Wybrałem się sam w górę doliny Meren. Chciałem podejść jak najwyżej pod Ngga Pulu. To nieprawdopodobne jak szybko lodowce pod równikiem ulegają topnieniu. Klemens wspominał, że już Harrer robił dokładne pomiary lodowców Carstensza i porównywał je z badaniami Dozy’ego. Wyniki były zadziwiające. Okazało się, że w ciągu 25 lat lodowiec Meren cofnął się ponad 700 metrów. To, oczywiście, jest dowodem na to, iż temperatura na Ziemi w ciągu ostatnich dziesięcioleci wciąż wzrasta. Dla naukowców równikowe lodowce są wspaniałym miejscem badań. W ich zboczach bowiem, wyjątkowo czułych na ogrzewanie, dokładnie zapisana jest historia zmian klimatycznych Ziemi.

Szedłem coraz wyżej w kierunku śniegu. Nie było wyraźnej ścieżki. Zbocze, którym podchodziłem, było mokre i ociekające wodą, a skała pod butami niebezpiecznie łamliwa. Było wyraźnie widać, że jeszcze nie tak dawno cały ten obszar spoczywał pod grubą pokrywą lodu. Co jakiś czas musiałem jednak przystanąć, łapiąc oddech. Na szczęście nie padało, ale niebo było nadal całkowicie przesłonięte chmurami. Idąc coraz wyżej zakosami, stromym żlebem wyszedłem na grań, która bardziej przypominała dość szerokie i długie plateau[5],  na którego końcu osadzony był lodowiec. Wypłaszczenie to poprzecinane było niewysokimi skalnymi grzędami. Wejście w kierunku kopuły lodowej Ngga Pulu zaczynało się dość stromą śnieżno-lodową niewysoką ścianką. Jaka szkoda, że nie zabrałem ze sobą raków i czekana! Być może spróbowałbym już dziś wejść na sam szczyt. Cóż, zadowoliłem się tylko ulepieniem małego śniegowego bałwanka i to gdzie? – pod równikiem.

Schodziłem w dół ostrożnie i powoli, przyglądając się dokładnie okolicznym skalnym ścianom. Słyszałem bowiem, że na zboczach tych gór można znaleźć szczątki rozbitych samolotów. Pod koniec II wojny światowej wiele maszyn latających pomiędzy Australią a Azją Południowo-Wschodnią ginęło, nigdy nie docierając do celu. Dlaczego? Mapy Nowej Gwinei z tamtego okresu nie były dokładne i pokazywały góry znacznie niższe. Tu, pod Carstenszem, rozbiło się nawet kilka samolotów typu Dakota[6]. Jedną z katastrof przeżyła australijska sanitariuszka, która przez miesiąc prowadziła dziennik, aż do samotnej śmierci.

Jeszcze raz rozejrzałem się dokoła. Ale poza widocznymi nienaturalnymi obrywami skalnego zbocza po przeciwnej stronie niczego nie znalazłem. Po powrocie do bazy opowiedziałem o moich wrażeniach z rekonesansu.

- Te góry kryją swoje tajemnice – odrzekł Klemens wysłuchawszy mojej opowieści o samolocie. - Wiem, że wyprawa z 1962 roku też natknęła się na szczątki samolotu z czasów wojny. W teczce pilota był rachunek za zabawkę, którą kupił dla swojego małego synka w Ameryce. Smutna historia.

- Rzeczywiście, skalne zbocza nie wyglądają tu przyjaźnie – wtrąciłem. - Wokoło panuje jakaś dziwna atmosfera.

  • Być może duchy tych, którzy tu zostali, błądzą gdzieś dookoła – odrzekł z lekkim uśmiechem Klemens. – Ale bądźmy dobrej myśli. Co prawda Harrera złe duchy próbowały „złapać” podczas całej nowogwinejskiej ekspedycji, ale w końcu nie przeszkodziły mu w wejściu na Piramidę. Nam nie powinny też przeszkodzić. Czy wiecie, że Harrer z przyjaciółmi zdobył w tych górach aż 30 dziewiczych szczytów? Odkryli też zupełnie przypadkowo piękną dolinę leżącą po drugiej stronie Carsteszweide. Jeden długi dzień drogi stąd. Podobno tamto miejsce ich tak urzekło, że poczuli się jak w bajce i dlatego nazwali ją „Bajkową Doliną”. Jeziora tam leżące otrzymały nazwy: Andersen, Jaś, Małgosia, a skalne zbocza - Kopciuszek i Alicja. Nadawanie nazw to przywilej zdobywców. Oni nadali tamtemu miejscu osobowość. Myślę, że Bajkowa Dolina klimatem i krajobrazem różni się od tej, w której jesteśmy. Nie wszędzie po prostu jest tak ponuro jak tu. Ale może to tylko nasze odczucie spowodowane złą pogodą.
  • Słyszałem, że Harrer podczas tej ekspedycji miał jednak jakiś wypadek – zwróciłem się do Klemensa.
  • To prawda. Jak już wspomniałem, złe duchy nie dawały mu spokoju w czasie wyprawy. Można powiedzieć nawet, że ocierał się o śmierć i to dwukrotnie. Ale nie było to w masywie Carstensza. Po powrocie do Ilagi Harrera intrygowały kamienne siekierki Dani. Nikt jednak nie chciał powiedzieć, skąd one pochodzą. Dopiero tragarze - prawdopodobnie z wielkiej wdzięczności za to, iż Harrer pokazał im dugundugu - zdradzili, że kamienne siekierki pochodzą z kamieniołomu Je-Li-Me[7], co oznacza właśnie: Źródło kamiennych siekierek. Harrer i przyjaciele nie mogli odpuścić tak wyjątkowej okazji, ażeby tam dotrzeć. Oczywiście, byliby tam pierwszymi białymi. Podczas wędrówki do kamieniołomu natknęli się na piękny wodospad. Harrer, chcąc sfilmować go z góry, podszedł zbyt blisko i zaczął spadać w dół. Zatrzymał się w jednej trzeciej wodospadu, wpadając do swego rodzaju naturalnej wanny. Gdyby nie ona, nie przeżyłby upadku. Nie mógł, niestety, iść dalej o własnych siłach. Cztery dni trwał transport Harrera przez dżunglę do polowego lotniska w Mulii, gdzie znajdowała się misja kościelna. Stamtąd samolotem poleciał już do szpitala w Holandii (dzisiejszej Jayapurze). Okazało się, że ma złamane trzy żebra i rozbitą rzepkę w lewym kolanie. Ale po miesiącu leczenia Harrer ponownie wylądował w Mulii i dotarł wreszcie do źródeł kamiennych siekierek. To był jego najgroźniejszy wypadek podczas trwania tej ekspedycji. Lecz nawet kiedy wszystko już się skończyło, cudem uniknął śmierci raz jeszcze. Miał wracać samolotem przez Australię do Europy. Na krótko przed odlotem dotarła do niego wiadomość z amerykańskiego tygodnika „Life” („Życie”) z zapytaniem czy jeden z dziennikarzy nie mógłby spotkać się z nim gdzieś w drodze. Harrer zaproponował jako ewentualne miejsca spotkań: Sydney, Bangkok, Bombaj lub Frankfurt. „Life” zdecydował się na Bangkok. Tam właśnie Harrer przerwał swój lot. Dwie godziny później ten sam samolot rozbił się w pobliżu Bombaju. Wszyscy zginęli. A co by było, gdyby nie prośba „Życia” ?

Rzeczywiście, chyba opatrzność czuwała nad zdobywcą. I jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?

Tego wieczoru wszyscy gorączkowo pakowali swoje plecaki. Słychać było tylko metaliczny brzęk klarowanego sprzętu. Kapitan Ivan z komandosami w pośpiechu rozdzielali między siebie kostki, pętle, jumary, zwijali starannie liny. Pod okiem Rudiego ćwiczyli jeszcze wyuczone węzły, przymierzali uprzęże. Niebo pokazało nawet swoje gwiazdy i wszystko wskazywało na to, że już jutro wejdziemy w ścianę. Ciekaw byłem tylko czy dzielni komandosi wezmą również swoje pistolety.

W nocy zbudził mnie hałas terkoczących juwli i głośne rozmowy. Zapaliłem latarkę i spojrzałem na zegarek.

  • Chodź - mówię do leżącego obok mnie Kuby. - Jest trzecia, już czas na nas!

Sam jednak z dużym oporem opuszczam ciepły śpiwór. W pośpiechu gotuję jeszcze wodę na herbatę i kaszkę z rodzynkami. Już o czwartej stoimy z czołówkami[8] na głowach pod ścianą Carstensza. Na stromym piargu panuje duże zamieszanie i spory tłok. Dzielimy się na dwie grupy. Kapitan Ivan ma przy naszej pomocy prowadzić komandosów. Rudi z kolei z pozostałą częścią grupy zakładać będzie poręczówki. Droga na początku prowadzi  płytami, czasami wchodzi w strome zacięcia[9] i kominy[10]. Ten odcinek nie należy do trudnych. Może IV, IV+ w tatrzańskiej skali. Jest jeszcze ciemno. Pode mną przesuwają się tylko światełka latarek. Nie mamy problemu ze znalezieniem właściwej drogi, gdyż wszędzie wiszą stare liny poręczowe, dokładnie wyznaczając kierunek wspinania.

  • Te liny pozostawił tu w 1995 roku nowozelandczyk Rob Hall[11] ze swoją wyprawą – krzyknął Rudi.

Wyglądały solidnie, ale już cztery lata wisiały w ścianie ciągle podlewanej deszczem. Ich bezpieczeństwo było zatem bardzo, bardzo wątpliwe. Niemniej jednak mimo naszych ostrzeżeń, komandosi czasami wpinali się jumarami w stare poręczówki i wolno, ale skutecznie stopień po stopniu osiągali wysokość. Wapienna skała była tak szorstka, że nawet na pionowych miejscach doskonale dawała oparcie moim butom. Szkoda, że nie wziąłem ze sobą jakichś starych, grubych, skórzanych rękawic, albo plastra. Ostra skała kaleczyła palce. Miałem, co prawda, w plecaku goreteksowe rękawice, ale szkoda mi było je tu niszczyć. Jakoś znosiłem jeszcze ich brak. Po trzech wyciągach wyszliśmy na szerokie kamieniste wypłaszczenie, stromo wznoszące się ku górze. Były to tzw. żółte tarasy. Dzień akurat się budził. Powietrze było chłodne i spokojne. Grań szczytowa była nadal niewidoczna, a z góry zaczęły powoli schodzić gęste mgły. Chwilę później zerwał się wiatr i zaczął padać mokry, ciężki śnieg. Mamy jednak cholernego pecha. W ciągu dosłownie kilku minut warunki wkoło zmieniły się na zimowe. I nikt, nawet Rudi, który wchodził już na Carstensza kilkakrotnie, nie wiedział gdzie, w którą stronę iść dalej. Czekaliśmy może piętnaście minut z nadzieją, że mgła odejdzie. I rzeczywiście, ku naszej radości przed nami rozwarło się pionowe urwisko, a śnieg przestał padać. Nadal ściana rozmywała się gdzieś wysoko we mgle, ale ta widoczność już wystarczyła. W śniegu po kostki, piarżystymi tarasami dotarliśmy do pionowego komina. To już nie było normalne piątkowe wspinanie. Ręką wyszukiwałem pod śniegiem chwyty. A mokre i śliskie stopnie nie dawały już pewnego oparcia. Tym razem założyłem nawet rękawice, wiedząc, że to będzie ich ostatnia wspinaczka przed całkowitym podarciem. Na szczęście, chroniły przed zimnem i poranieniem dłoni. Zauważyłem iż komandosi i grupa Łotyszy wyraźnie czuła się zaskoczona zimą pod równikiem. Pomagaliśmy im z Kubą znaleźć bezpieczne miejsce na postawienie nóg. Kapitan Ivan dodatkowo z góry asekurował ich liną. Komin w końcu wyprowadził nas, każdego po kolei, na przysypaną śniegiem grań. Nareszcie stanęliśmy na poszarpanej zachodniej grzędzie. Początkowo idąc dalej, nie napotkaliśmy żadnych trudności. Aż nagle stanęliśmy nad pionowym urwiskiem, które przecinało naszą drogę. Po drugiej stronie tego szerokiego może na trzydzieści metrów uskoku[12] majaczyła dalsza część zębatej grani. Widać było, że składa się z niezliczonych skalnych iglic. Wyglądało to groźnie. Przez szeroką szczerbę przerzucone były dwie stare liny, być może należące jeszcze do legendarnego Roba Halla. To był problem – dostać się na drugą stronę grani. Tamta jej część otwierała drogę na szczyt. Wpiąć się w niebezpieczne stare rzęchy[13] i przejść szybko nad urwiskiem tzw. tyrolką[14]  - odpadało. Nikt nie chciał być samobójcą. Pozostała więc wizja pionowego zjazdu w dół na dno szczeliny, a potem znowu wspięcie się w górę na grań.        

Kolejna fala mgły i śniegu zaczęła nas otaczać. Czuliśmy się przemoczeni i zmarznięci. Było południe, a więc w normalnych warunkach, przy dobrej pogodzie, powinniśmy znaleźć się już na szczycie. A my bezradnie staliśmy w miejscu przed głębokim uskokiem. Nasz cel nadal pozostawał niewidoczny, a na dodatek dopiero teraz miały się zacząć faktyczne  trudności drogi. Jeżeli jeszcze dziś chcieliśmy wejść na Carstensza,  a potem w świetle dnia bezpiecznie z niego powrócić, to nie było już czasu na przeczekiwanie złej pogody. Perspektywa dalszego, prawie zimowego wspinania się raczej przerażała. Nawet Rudi, który dobrze znał ścianę Piramidy i zdobywał ją już kilkakrotnie, dotąd nie spotkał  się z takim atakiem zimy.

- Kuba, mamy kiepski czas. Albo idziemy dalej, co może skończyć się biwakiem, albo wracamy – powiedziałem.

W tym momencie jakby jeszcze mocniejszy podmuch wiatru sypnął mokrym śniegiem.

  • Ja się wycofuję - odparł Kuba. - Jest chyba poniżej zera, moje paluchy rąk już nic nie czują. Myślę, że nie mamy już szans na powrót w świetle dnia. Ja nie jestem przygotowany na biwak. Obawiam się najgorszego, chociażby odmrożeń.

Również w oczach Rudiego i kapitana Ivana zauważyłem rezygnację. Niestety, też chcieli wracać. Ale czy będąc już tak blisko szczytu, mieliśmy poddać się pogodzie? Byłem przygotowany na kibel[15]. Zawsze kiedy idę w góry, biorę do plecaka płachtę biwakową. Również Klemens i Karl chcieli pójść dalej. Łotysze natomiast zaczęli szykować się do odwrotu.

        Staliśmy jeszcze chwilę bez słowa. Nie chciałem już czekać i martwić się pogodą. Znalazłem duży blok skalny i zacząłem przygotowywać stanowisko do zjazdu na dno uskoku. Tymczasem przestał padać śnieg, nagle chmury rozstąpiły się i ku ogólnemu zaskoczeniu pojawiło się tylko na moment cieplutkie, radosne słońce. W jednej chwili wszystko wkoło zaczęło wyglądać inaczej, bardziej przyjaźnie. Komandosi, którzy już mieli na sobie plecaki, aby wracać, przystanęli na chwilę. Kapitan Ivan tylko coś do nich krzyknął po żołniersku. Ci natychmiast naciągnęli na głowy czerwone berety i zrzucili z siebie kurtki, odkrywając czarne mundury. Rozwinęli też przed sobą dużą czerwono-białą flagę Indonezji. Ivan odczytał głośno jakiś ważny rozkaz. Po czym stojąc na baczność, wspólnie odśpiewali hymn narodowy. Sytuacja wyglądała niecodziennie. Tak zapewne uczciliby zdobycie szczytu. Poczułem się jak na teatralnym spektaklu, ale jakże wspaniałym! Czy to nie piękne, że ci groźni żołnierze, zamiast brać udział we wzniecaniu walk na Timorze, przyszli tu z nami w wysokie góry? - pomyślałem. A teraz śpiewają w tak trudnych warunkach pieśń o wolności i pokoju. Tylko gdzieś tam daleko szykuje się wojna.

        Zrzuciłem linę. Wpiąłem się w nią karabinkiem z płytką Stichta[16] i stanąłem gotowy do zjazdu w dół, na dno wielkiej szczerby. Nie ukrywam, że rozsądek nakazywał, iż należy odpuścić i wycofać się jak najszybciej, ale  intuicyjnie też czułem, że warto zaryzykować  i pójść dalej, że wszystko będzie w porządku. Jednak lęk i wątpliwości pozostały. 

- Kuba – zwróciłem się jeszcze raz do niego – wytrzymaj, wejdziemy razem.

Zupełnie nagle, tym razem od dołu, znowu nadeszły mgły i chwilę po tym zaczął padać śnieg. Zrobiło się  zimno i ponuro.

- O nie! - odrzekł jeden z Łotyszy. - My chcemy stąd wrócić żywi. Wracamy.

Kuba również dołączył do nich. Pożegnał się i zaczął schodzić. Widziałem jeszcze jak komandosi ze swoim kapitanem przyglądają się mojemu zjazdowi. Najstarszy z Łotyszy - Ivars - pozostał jeszcze. Zjechałem w dół na wąską skalną przełączkę. Za chwilę dojechali do mnie Karl, Klemens i Rudi. Następnie - ku mojemu zdziwieniu - zaczął zjeżdżać także kapitan Ivan z komandosami i z Ivarsem. Pomimo wahań, zdecydowali się w końcu pójść z nami, aby wejść na szczyt. Zjazdy poszły im świetnie. Z dna głębokiej szczerby przeszliśmy na drugą, południową stronę masywu. Dalej może jeszcze przez dwieście, trzysta metrów wąskimi płytami trawersowaliśmy ścianę bez żadnej asekuracji. Czułem tylko z mojej prawej strony głęboką przepaść. Gdy doszliśmy do miejsca, w którym zaczynały się faktyczne trudności drogi, śnieg zacinał coraz bardziej i nic nie wskazywało na to, że pogoda się poprawi. Powrót na grań wymagał wspięcia się systemem zacięć, płyt z jednym miejscem szóstkowym. Prowadził Karl, ale po walce na wypychającym trawersie wycofał się. Ta część drogi przy tej pogodzie stała się ekstremalnie trudna, tym bardziej, że nie było zbyt wiele możliwości dobrej asekuracji na litej skalnej płycie. Na zmianę z Rudim udało nam się w końcu osiągnąć grań i założyć poręczówkę dla grupy. Wyglądało na to, że to już koniec trudności, że szczyt jest tuż, tuż. Ale okazało się, że dalsze wspinanie jest równie niebezpieczne. Musieliśmy pokonać jeszcze dwie mocno eksponowane szczerby. Nie były trudne, ale wymagały gimnastyki. W pewnym momencie zaczęliśmy trawersować stromą piarżystą półką już po północnej stronie. Przysypana kilkucentymetrową warstwą ciężkiego śniegu przypominała strome lodowe pole, z którego w każdej chwili można było wyjechać i to gdzie? 700 metrów nogami w dół. Nie podejrzewałem, że z pozoru dziecięco łatwe miejsce stanie się w tych warunkach największym zagrożeniem przed celem. Nikt nie miał raków, a każdy krok bez asekuracji był jak stąpaniem po polu minowym. Czy noga wyjedzie czy nie wyjedzie? Udało się. Za tym trawersem kruchym zboczem droga logicznie prowadziła ku górze. Wciąż tylko wilgotne mgły nie pozwalały dojrzeć dokąd.

- Ale to już chyba tam – podnieconym głosem krzyknął Klemens.

Po kilku minutach było już po wszystkim. Stąd już drogi prowadziły tylko w dół. Staliśmy na szczycie! .... ./ cd . w częsci II /

jeden komentarz

Czysta harmonia

W ostatnim czasie w Polsce pojawiło się niestety wiele głosów przeciwnych przyjmowaniu uchodzców z innych krajów. Ubolewam nad tym, gdyż każdy człowiek jest dobrem najwyższym bez wzgledu skąd pochodzi i jaką religię wpojono mu od dziecka. Każdemu należy się szacunek i pomoc tym bardziej kiedy ucieka przed wojną. Człowiek jest częścią Ziemi i jej przyrody. Kiedyś napisałem książkę "Niedostępna Góra Papuasów", która opowiada o Indonezji z lat 90-tych ubiegłego stulecia, takiej której już nie ma. Jeden z rozdziałów jest o tym :

"....jak bardzo każde zjawisko na naszej Planecie, każda choroba, katastrofa czy śmierć gdzieś daleko od nas, wpływa na to, co dzieje się z nami i wokół nas.  Nikt nie żyje w odosobnieniu. Dla przyrody, której jesteśmy integralną częścią, nie ma państw i granic, które sztucznie stworzył człowiek i jego pieniądze....."

Poniżej krótki tekst z jednego, z rozdziałów tej ksiązki:

.....Następnego dnia popłynęliśmy razem na Gili Nanggu. Dowiedziałem się, że to święte dla buddystów miejsce przypływu energii. Niewielką, porośniętą lasem wyspę można obejść wokoło w ciągu dwudziestu minut. Roztacza się stąd wspaniały widok na sąsiedni Lombok, a patrząc w kierunku zachodnim, podziwiać można wyrastającą na horyzoncie górzystą Bali. Tuż przy plaży, w cieniu drzew, właściciel pobudował kilka dwupiętrowych bungalowów z trzciny i bambusa.


Mała przystań na Gili Nanggu (fot. Jerzy Kostrzewa)

W centrum wysepki znajduje się jedyna restauracja. Zamawia się rybę, bo tylko to jest dostępne. Wówczas właściciel idzie na plażę, bierze łódź, wypływa 100 m od brzegu, zarzuca sieci, wraca i rzuca na patelnię złowioną właśnie rybę. Jeśli chcesz ośmiornicę, to woła syna, za godzinę syn przypływa z ośmiornicą.

Wyspa jest koralowym atolem. Szmaragdowy kolor wody zachęcił nas do kąpieli. Wspólnie z Urszulą i Marią wypożyczyliśmy maski i faje do nurkowania. Tuż przy brzegu woda była cieplejsza niż moje ciało. Poczułem się tak, jakbym wszedł do domowej wanny, pełnej ciepłej, przyjemnej solanki. Wokół rafa koralowa, ale nie tak barwna, jak w innych miejscach świata, w których nurkowałem. Ta była szara i martwa. Owszem, przemykały różnokolorowe ryby, ale ich ławice nie były liczne. Przy obiedzie gospodarz wspomniał, że umieranie rafy zaczęło się przed dwoma laty. To tragedia dla całego archipelagu. Właściwie do końca nie wiadomo, co jest przyczyną umierania koralowców - czy zanieczyszczenie środowiska, czy może podwyższenie temperatury wody w morzach tego regionu. Te małe organizmy morskie o wapiennych szkieletach żyją w ciepłych wodach przybrzeżnych i porastają wierzchołki podwodnych gór wulkanicznych, wyspy, wyniesienia dna. Są niezwykle czułe na każdą zmianę temperatury wody i obumierają, gdy ta zmienia się nawet o kilka stopni Celsjusza.

Rafy umierają od Malediwów[1] aż po Australię. Wszystkiemu podobno winien jest ciepły prąd oceaniczny El Niño[2], który dwa lata wcześniej podniósł temperaturę wody aż o 5 stopni Celsjusza. Skutkiem działania El Niño na przełomie lat 1997 i 1998 były klęski żywiołowe, które dotknęły wiele miejsc na całej kuli ziemskiej i pochłonęły setki ofiar. Huragany występowały ze zwiększoną częstotliwością we wszystkich krajach południowej Azji oraz Ameryki Środkowej. Z kolei susza dotknęła nie tylko Indonezję, ale oddalone od Pacyfiku miejsca w południowej Afryce, w Australii i w północnej części Ameryki Południowej. W innych jeszcze miejscach wystąpiły opady deszczu wywołujące gwałtowne powodzie. El Niño jest niewątpliwie fenomenem klimatycznym. Ten ciepły prąd morski pojawiał się zawsze cyklicznie co 10-15 lat u zachodnich wybrzeży Ameryki Południowej, ale w ostatnich latach zaczął występować częściej. Nigdy jednak nie dokonał takich spustoszeń jak ostatnio. Zaczyna się najczęściej w okolicach Świąt Bożego Narodzenia u wybrzeży Peru i Chile. Dlatego właśnie tamtejsi rybacy nazwali go niewinnie „dzieciątkiem”, czyli po hiszpańsku el niño. Ale pojawienie się „dzieciątka” dla tysięcy rybaków nie oznacza wcale narodzin bogatego sezonu. Jest to zapowiedź klęski połowów w tym regionie Pacyfiku i ogromnych strat. Ciepły prąd El Niño powoduje, że płynące z południa zimne, antarktyczne wody Prądu Peruwiańskiego radykalnie ocieplają się. To z kolei sprawia, że bogate ławice ryb odpływają. Na ich miejsce pojawia się mała ilość gatunków ciepłolubnych, nie zawsze nadających się do połowów. Tak więc, kiedy rybacy peruwiańscy w okolicach Świąt Bożego Narodzenia zauważą, że woda w oceanie jest cieplejsza, a w sieciach znajdą się ryby inne niż zawsze, mogą być pewni, że nadchodzi El Niño.

Pojawianie się El Niño powoduje odepchnięcie zimnego prądu antarktycznego od wybrzeży Ameryki i skierowanie go na obszar w kierunku aż po Nową Gwineę. Ten nowy zimny konkurent „dzieciątka” został nazwany przez badaczy oceanów „dziewczynką” - po hiszpańsku La Niña. Jest on w równym stopniu odpowiedzialny za anomalie klimatyczne, szczególnie w okolicach Australii i całego archipelagu indonezyjskiego.

Jeszcze kilka lat temu, po zejściu z Aconcagua, leżałem na plaży u wybrzeży Chile, w małej wiosce rybackiej Cifuncio. Wieczorem rybacy zaprosili mnie do ogniska i poczęstowali wielką, smakowitą rybą. Byli zadowoleni ze wspaniałego połowu. Dziś leżę na plaży, ale po drugiej stronie Wielkiego Pacyfiku, tysiące mil od brzegów Ameryki Południowej. Wtedy nie podejrzewałem nawet, że tamte wody oceanu mogą mieć tak duży wpływ na życie tutejszej rafy koralowej. Że rybak z Chile może „przewidzieć” zmiany po drugiej stronie Wielkiej Wody. Że jego klęska połowu to też zapowiedź umierania np. rafy na Gili Nanggu. Kto wie, czy najsilniejszy w XX wieku El Niño na Pacyfiku nie miał też wpływu na powódź w Polsce w lecie 1997 roku? Nikt dokładnie nie potrafi wytłumaczyć dlaczego ciepły El Niño pojawia się coraz częściej, zwiastując katastrofy. Być może głównym winowajcą jest sam człowiek wyrzucający do atmosfery z rur samochodów i fabrycznych kominów dwutlenek węgla, wywołując w ten sposób efekt cieplarniany Ziemi?

Tu, na Gili Nanggu, poczułem jak bardzo każde zjawisko na naszej Planecie, każda choroba, katastrofa czy śmierć gdzieś daleko od nas, wpływa na to, co dzieje się z nami i wokół nas. Zrozumiałem wyraźnie, że nikt nie żyje w odosobnieniu. Dla przyrody, której jesteśmy integralną częścią, nie ma państw i granic, które sztucznie stworzył człowiek i jego pieniądze. Dlatego tak ważne jest, byśmy nie byli obojętni na zjawiska, które pozornie nas nie dotyczą. Jeżeli w tym wielkim organizmie, jakim jest nasza Ziemia, coś się „psuje”, prędzej czy później odczują to wszyscy, bez względu na to gdzie mieszkają.

Na tej wspaniałej wysepce pozostałem kilka długich dni. Budziłem się o wschodzie słońca i wbiegałem do morza, zażywając porannej kąpieli. Całymi dniami siedziałem na plaży. Obserwowałem zmieniające się barwy gór pobliskiego Lomboku, patrzyłem na przepływające łodzie żaglowe. To miejsce i jego złoty piasek przypominało mi ciepło dzieciństwa. Mój dzień mieścił się idealnie pomiędzy wschodem i zachodem słońca. Czułem wyjątkowo silny kontakt z całą przyrodą, napełniałem się siłą dobrej energii. Zapomniałem nawet o całym niepowodzeniu związanym z dotarciem do Carstensza. Cała moja podróż tu, na koniec świata, warta była tych kilku dni spędzonych na Gili Nanggu....

Jerzy Kostrzewa maj 1999 r.


 

[1] Malediwy – Wyspy na Oceanie Indyjskim położone na południowy zachód od Indii.

[2] El Niñozmienny ciepły prąd morski we wschodniej części Oceanu Spokojnego. Płynie od równika wzdłuż brzegów Ameryki Południowej na południe (do 5–7° S) jako niewielki prąd powierzchniowy o temperaturze wody 15–20°C. Sporadycznie nasila się w grudniu, dawniej raz na kilkanaście lat, ostatnio co kilka lat, sięgając na południu do 15°S przy wzroście temperatury wody o 5–10°C. Prąd El Nino odpycha wtedy od brzegów kontynentu płynący w przeciwnym kierunku zimny Prąd Peruwiański i niszczy zasoby łowisk peruwiańskich ze względu na wzrost temperatury i zawartości siarkowodoru w wodzie. Prądowi El Nino przypisuje się katastrofy i klęski ekologiczne w różnych regionach międzyzwrotnikowych. (na podstawie Encyklopedii PWN).

jeden komentarz

Gawęda z Kambodży

Rzecz miała miejsce jesienią 2013 roku w Phnom Penh :

Klimatyczne uliczki post-francuskiej zabudowy w Phnom Penh (fot. Jerzy Kostrzewa)

"....jeśli ktoś ma siłę posłuchać na dobranoc piosenkarza Boz Scaggs live z koncertu, warto.... - słuchałem go na dużym ekranie, ale gdzie ...w Phnom Penh w niewielkim hoteliku "Blu Kiwi" - prowadzonym przez Nowozelandczyka - Zawsze powinienem chwalić to miejsce i jego obsługę, opowiem dlaczego :

"... pod materacem łóżka w moim pokoju hotelowym, schowałem wszystkie moje pieniądze, paszport , karty bankomatowe - wcześnie rano spiesząc się na autobus do Kep (południe Kambodży ) zdałem pokój i oddałem klucze, ale niestety w porannym zaspaniu zapomniałem zabrać to wszystko z pod materaca. Kiedy po paru godzinach gdzieś w drodze zauważyłem , że nie mam ich przy sobie - zadzwoniłem do hotelu z drogi - na moje szczeście miałem do nich telefon ... niestety recepcjonistka powiedziała, że pokój już jest posprzątany i nikt nic tam nie znalazł ... poprosiłem aby bardzo dokładnie podnieśli materac i sprawdzili jeszcze raz ... i ....po 30 minutach - telefon zwrotny do mnie na komórkę z hotelu - "są twoje pieniądze i dokumenty, znaleźliśmy, przyjedź...! Złapałem stopa z powrotem do Phnom Penh, zostałem tam kolejną noc ...to wyjątkowe, gdyż w Azji, Afryce i gdziekolwiek - raczej to co pozostaje w pokoju hotelowym cennego jak pieniądze - po prostu zostaje na wieczność ... Byłem tym bardziej zaskoczony uczciwością obsługi, gdyż pamiętam, że na drzwiach tegoz pokoju  wisiało ostrzeżenie : " PAMIĘTAJ - HOTEL NIE BIERZE ŻADNEJ ODPOWIEDZIALNOŚCI ZA RZECZY POZOSTAWIONE W POKOJU HOTELOWYM" ...

         Jak będziecie w Phnom Penh polecam Wam Blu Kiwi Hotel – centrum miasta - warto tam zostać na noc bo jest też tam muzyka którą da się polubić, posłuchajcie na dobranoc, śpiewa Boz Scaggs "We`RE ALL ALONE":

Jerzy Kostrzewa
Phnom Penh jesień 2013

 

2 komentarze

Skrawek polskiej ziemi w Tanzanii

Reminiscencje po Wyprawie na Kilimanjaro w lutym 2015:

Polskie Drogi...
...wiele lat temu , na początku lat 80-tych spotykałem w Monachium polskich emigrantów zapisanych na wyjazd do Australii, Kanady, USA... Niemcy Zachodnie były dla nich krajem tranzytowym w drodze do Ziemi Obiecanej. Większość Polaków nie zamierzała wracać do Polski - ja również - przynajmniej wtedy. Był to czas tzw. wojny Jaruzelsko-Polskiej. A Niemcy solidaryzując się z falą uchodzców zorganizowali w grudniu 1981 r. wielką demonstracje Solidarności z Solidarnością. Przypadek sprawił , że na tej demonstracji znalazła sie też młoda dziewczyna, studentka z Wrocławia, którą poznałem. Ona sama zapisana była na emigracje do Australii - być może w ten sposób chciała zrealizowac niespełnione marzenie swojej matki...? ,  która to w przeszłości w czasie II wojny przeszła jako nastolatka andersowską wędrówkę z Rosji do ...Afryki. Niestety po wojnie wróciła do Polski i już nigdy niedotarła do Australii - a bardzo tego chciała. Opowieści młodej studenki o losach matki, o Afryce w tamtym czasie w Monachium poruszały moje myśli i wyobraźnie.. Jej matka w Tanzanii (Tanganika) zrobiła maturę , dorastała - spędziła tam 8 cudownych lat. Ale dlaczego o tym pisze dziś tu będąc jeszcze w Arusha, Tanzania.

Otóż kilka dni temu syn tej Pani, Kuba - napisał do mnie na facebooku i przypomniał, że jego matka koło Arusha spędziła młodość w obozie dla polskich uchodźców. I zapytał czy są jeszcze ślady tego obozu? - odpisałem mu, że jest polski cmentarz , ale , czy są jeszcze ślady? ..hmmm...

Tablice na murze przed wejściem na cmentarz polski w Tengeru

Wczoraj rano postanowiłem to sprawdzić i udałem się w miejsce ok . 20 km na wschód od Arusha do wioski Tengeru gdzie w latach 1942 - 1952 przebywało ok. 7 000 polskich uchodźców ewakuowanych przez Andersa z terenów sowieckich. Statystyki mówią, że tylko 20 % tej liczby powróciło do kraju. Kilkanaście osób pozostało w Afryce a wielu z powodów licznych chorób tropikalnych na zawsze spoczywa w Tengeru……., reszta wyemigrowała do Kanady , USA i Australii. Kilka tysięcy mieszkających tam ludzi to przecież jak małe miasteczko - muszą być ślady. Oczywiście jest cmentarz, pięknie utrzymany. Groby Polaków: Katolików , Protestantów, Prawosławnych i Żydów. Cmentarz jest otoczony murem wśród zieleni, z izbą pamięci (kaplica) . Są tam też herby ważnych miast polski , jest nawet herb Poznania z którego pochodzę. To miejsce jest największym polskim cmentarzem w całej Afryce... Tanzański opiekun tego skrawka polskiej ziemi pomógł mi odnaleźć dawne zabudowania obozu - stawiane ponad 60 tat temu jeszcze przez Polaków. Uchodźcy założyli tu też szkolę rolniczą która nota bene funkcjonuje do dziś.... 

W załączeniu publikuje kilka zdjęć cmentarza i zabudowań mieszkalnych - obozowych w których dziś mieszkają miejscowi Tanzańczycy...


Polski cmentarz w Tengeru (fot. Jerzy Kostrzewa)

Ale odpowiadając Kubie na pytanie: "czy są ślady tego obozu ? " - TAK, są i to liczne - patrz na moje fotki.

Tengeru - zabudowania polskiego obozu pozostały do dziś (fot Jerzy Kostrzewa)

Jak będziecie kiedyś w Afryce w Tanzanii pod Kilimandżaro i Meru, warto zboczyć z głównej drogi Arusha - Moshi skręcić w prawo w wiosce Tengeru i dalej jechać piaszczystą drogą ok. 3 -4 km i znaleźć zagubiony skrawek Polski...

...wazne słowa na tablicy w przycmentarnej izbie pamięci - Tengeru

Z perspektywy czasu to moja kolejna wyprawa do Afryki w tym roku chyba zaczęła się jeszcze w Monachium w 1981 roku - ... jak to myśli, które są swoistą inteligentną energią mogę Ciebie prowadzić... jak marzenia o Afryce z lat młodości się spełniają...

Jerzy Kostrzewa  ( Arusha 01 marca 2015 )

P.S. Więcej o Tengeru w sieci pod linkiem: TENGERU

jeden komentarz

Lotnicza podróż za "free" przez Ocean i Biegun (1991 rok)

Poniżej jedno z moich krótkich lotniczych opowiadań pisanych kilka lat temu do czasopisma lotniskowego Ławica.


Powyżej Lotnisko Anchorage na Alasce (fot. Jerzy Kostrzewa)

Przygoda lotnicza, o której chce opowiedzieć była wyjątkowa i nigdy już ten sposób przelotu się nie powtórzył.

Było to w czasach , kiedy nie łatwo podróżowało się z Polski do Ameryki, a ceny biletów lotniczych były tak wysokie iż dla większości stanowiły niemożliwą barierę do pokonania. Ale w tamtych latach - siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, moja chęć poznania świata była na tyle silna, że nie dostrzegałem żadnych barier finansowych w docieraniu do zaznaczonego na mapie celu. Pamiętam swoiste zakłady z przyjaciółmi np. jak szybko stopem dotrzesz do Paryża nie mając wizy francuskiej a niemiecką już nieważną, lub, jak na gapę dojedziesz pociągiem z Kalkuty do Madrasu w Indiach , lub czy uda się Tobie jachtostopem dopłynąć do Turcji, lub przejść przez zielone granice z Danii do Grecji. Wszystkie te zakłady wygrywałem.

Na przełomie lat 80-90 przemierzałem jak Hobo*, bezdroża amerykańskiej Alaski i północnej Kanady poszukując śladów mojego idola z lat szkolnych jakim był Jack London. Nie mając za wiele pieniędzy, ale mając niczym nieograniczony czas znalazłem prace w jednym z ośrodków narciarskich niedaleko Vancouver (British Columbia) . Radość nart i zimy w Kanadzie nie trwała jednak tak długo jak planowałem. W środku sezonu otrzymałem dramatyczny telegram z Polski iż natychmiast powinienem wrócić do Poznania – „czeka umierająca matka”. Ale jak tu wrócić „natychmiast” nie mając nawet grosza na bilet powrotny.

W tamtych latach port morski Vancouver był miejscem gdzie zawijała polska flota rybacka łowiąca łososie na Morzu Beringa. Co kilka miesięcy załogi statków wymieniano drogą lotniczą, najczęściej czarterami LOT-u. Tyle wiedziałem - i to był trop którym poszedłem szukając powrotu do domu. Zadzwoniłem do polskiego przedstawiciela firmy w Vancouver;

- masz szczęście chłopie, pojutrze rano leci czarter LOT-u do Warszawy, jest tylko jedno miejsce wolne, przyjedź do biura, załatwimy formalności;

Nazajutrz dyrektorowi firmy wyjaśniłem moją sytuacje. Zgodził się iż płatność za bilet mogę dokonać w Polsce,

- ale Panie Dyrektorze – ale jest jeszcze jeden problem - moja kanadyjska wiza straciła ważność;

- Cooo…? Chłopie, aby uniknąć kłopotów przy odprawie nie możesz pokazać paszportu, mogą cię zamknąć... Jest tylko jedno wyjście z tej sytuacji. Pomogę Tobie. Wciągnę Ciebie na listę załogi statku rybackiego i dostaniesz książeczkę żeglarską i to będzie twój dokument podróży. Rybacy nie muszą mieć wizy.

Tym sposobem nazajutrz rano na lotnisku w Vancouver trzymając w ręku nową książeczkę żeglarską(rybacką) ustawiłem się w kolejce do odprawy, a wraz ze mną towarzystwo marynarzy. Tylko, że wszyscy wracający po wielomiesięcznych rejsach rybacy trzymali w ręku ogromne wory żeglarskie, a ja jako jedyny „rybak” z towarzystwa plecak z karimatem i długie na 2 m narty …

Lot był długi. Przez Anchorage, a następnie nad biegunem do Oslo i dalej do Warszawy. Na Okęciu przedstawiciel firmy połowów dalekomorskich nie mógł się nadziwić jak się tu dostałem i stwierdził „że skoro już jestem to dlaczego chcę zapłacić ?„ – przecież dostałeś „Bording Paas”, ktoś ci go wydał i przyleciałeś. Wszystko O.K. Witamy w Polsce”.

Z pod Okęcia jeden z autobusów zabierał zmęczonych marynarzy do Szczecina.

- Czy jedziecie przez Poznań? Tak wsiadaj. Już po kilku godzinach wielki plecak wyrzucałem z autobusu wprost pod domem w Poznaniu.

Dziś po wielu latach mogę jeszcze raz podziękować Rybakom za ten darmowy przelot przez Ocean wprost do drzwi domu w Poznaniu, podróż którą śmiało można nazwać LOT-o stopem.

Jerzy Kostrzewa - 1992 rok

*Hobo – amerykańska nazwa człowieka bezgranicznie wolnego, samo-wystarczającego włóczęgi z wyboru, poszukującego sezonowych prac, bez stałego miejsca zamieszkania, często podróżującego na gapę w towarowych wagonach kolejowych po bezkresach Ameryki…

poniżej piosenka HOBO śpiewana przeze mnie na Turystycznej Giełdzie Piosenki w Szklarskiej Porębie.


 

jeden komentarz

Gumowy czas w Papui (1999 rok)

Krótka lotnicza przygoda Irian Jaya - West Papua w 1999 roku

Autor - 1999 rok w jednej z papuaskich wiosek w doborowym towarzystwie wodzów z plemiena Dani - Dolina Baliem - Irian Jaya

       Wiele lat temu (1999r.) odbyłem fascynującą wyprawę na wschodnie rubieże Indonezji do Zachodniej Papui, prowincji zwanej też Irian Jaya*. Podczas tej jednej podróży aż osiemnaście razy leciałem samolotem, przemierzając odległość równą długości równika. Nierzadko były to loty małymi turbośmigłowymi maszynami, zabierającymi na pokład nie więcej niż 15 osób. Pamiętam jeden z takich przelotów i zabawną przygodę związaną z tzw. „gumowym rozkładem lotów” tych maszyn. Wracałem po kilku tygodniach z interioru Irian Jaya z wioski Wamena do stolicy regionu Jajapura. Miałem już wykupiony bilet towarzystwa lotniczego Merpatii. Samoloty tych linii odlatywały codziennie z lotniska w Wamenie według oficjalnego rozkładu o godzinie 12 w południe. Jakież było moje zdziwienie kiedy w dzień odlotu wcześnie o świcie miejscowi budzą mnie w pokoju hotelowym słowami:

- Panie Jurek, pana samolot już przyleciał, musi pan biec na lotnisko!

- Spokojnie jest przecież 7 rano, a odlot dopiero o 12

- Tu u nas nie ma znaczenia, o której odlot. Lepiej być już o 8.00. Jeżeli jest ładna pogoda, a taka jest dziś, samolot wyleci wcześniej. Tu chodzi o bezpieczeństwo. Jeżeli pogoda jest zła, poleci o 12.00; ale może też wylecieć dopiero następnego dnia i wtedy nie polecisz w ogóle, bo może nie być miejsc na następny lot.

Trochę się przestraszyłem i rzeczywiście pojechałem na ósmą. Samolot już czekał na płycie lotniska. Kiedy wsiadłem, zauważyłem, że jest już pełen. Z trudem odnalazłem ostatni wolny fotel. Choć odlot ustalono na 12 godzinę, pilot natychmiast po moim wejściu uruchomił silniki i … odleciał, na ponad trzy godziny przed tzw. „gumowym czasem” odlotu. Na szczęście ze mną na pokładzie.

Jerzy Kostrzewa 1999 rok

------------------------------

  • Irian Jaya (czyt. irian dżaja) – od 2003 roku Papua największa prowincja Indonezji obejmuje Zachodnią cześć Nowej Gwinei i sąsiednie wyspy. Świat zna również używaną powszechnie nazwę Papua Zachodnia. Prowincja ta uważana jest jako ostatnie takie miejsce na Ziemi gdzie jeszcze dziś spotkać można ludy pierwotne żyjące tak jak w epoce kamiennej, a niektóre plemiona (Korowajowie) żyją do dziś w niedostępnej dżungli na drzewach. Żadne też inne miejsce Ziemi nie może równać się taką różnorodnością awifauny jak Irian Jaya (np. ok. 200 gatunków endemicznych ptaków nigdzie indziej nie występujących). Tylko niektóre obszary Irian Jaya dostępne są dla turystów. Irian Jaya w 2003 roku uzyskała wiekszą autonomię i obecnie występuję pod nazwą Papua jako największa indonezyjska prowincja .

 Wojownicy z plemienia Dani - Papua Indonezyjska 1999 rok (fot. Jerzy Kostrzewa)

3 komentarze

Japonia w prezencie (2007 rok)

Za brak pośpiechu.

 Mój najdłuższy lot do celu.

         Jesienią 2007 roku roku spotkała mnie niecodzienna przygoda lotnicza. Miałem zaproszenie na wyspy Polinezji Francuskiej aby dołączyć do załogi katamaranu „Flash” płynącego dokoła Ziemi. Tylko jak tanio i skutecznie dotrzeć na kraniec Globu, kiedy Papeete stolica Polinezji – leży równie daleko lecąc samolotem na zachód przez Amerykę, jak i na wschód przez Azje. Przypadek sprawił, że znalazłem jesienią małe linie lotnicze Air Tahiti Nui, które na 10-lecie swojego istnienia promowały swoje loty. Bilet przez Amsterdam do Osaki w Japonii i dalej na Tahiti był w cenie 50% innych regularnych linii. Lot miał trwać 36 godzin i nic nie wskazywało na to, że będzie to dla mnie najdłuższy lot do celu. W Amsterdamie dołączyli do mnie moi Przyjaciele Halinka i Zdzisław - przyszła załoga wspólnego rejsu. Po nocnym wygodnym locie dokładnie o wschodzie słońca wylądowaliśmy na lotnisku Kansai w Osace. Było to dla mnie pierwsze spotkanie z Japonią a pora lądowania jakże symboliczna. Od razu złożyłem pokłon w stronę inżynieryjnego cudu budowlanego jakim jest lotnisko Kansai – całkowicie wybudowane na sztucznej wyspie i połączonego z lądem najdłuższym dwupoziomowym mostem świata. Następny lot na Polinezje z Osaki mieliśmy mieć późnym wieczorem. Zatem starczyło nam na tyle czasu aby spędzić go włócząc się po świątyniach i uliczkach centrum Osaki, testując świeże oceaniczne sushi i atmosferę miasta. Wieczorem oczarowani japońskim urokiem niezbyt chętnie wracaliśmy z powrotem na lotnisko, marząc o podróży po Japonii.

Air Tahiti Nui - dobrze, że latał raz w tygodniu...(fot. Jerzy kostrzewa)

         Kiedy dotarliśmy szybkim ekspresem na Kansai, trwała już odprawa na samolot do Papeete, lot miał trwać 13 godzin! Dłużej niż do Europy. Mając już w ręku Boarding Pass myślami byliśmy na Tahiti. W pewnym chwili podeszły do nas dwie urocze Japonki z Japan Airlines i z rozbrajającym uśmiechem zakomunikowały, że w naszym locie wystąpił overbooking (rezerwacja, która przekroczyła ilość miejsc) i zapytały:

         - czy możemy polecieć następnym rejsem; tylko, że na Tahiti z Japonii następny lot będzie dopiero za tydzień !!!                                                                          

         - Coo!!! zaraz, ale my powinniśmy już jutro być na pokładzie katamaranu, który czeka na nas w porcie Papeete !

         - Możemy jeszcze dziś wysłać was przez Hong Kong do Sydney tam po    dniu pobytu, do Wellington w Nowej Zelandii potem na Bora Bora, a   stamtąd już do    Papeete, trzy dni w samolotach … lub jeżeli się zgodzicie możecie zostać na nasz     koszt w Japonii do następnego rejsu?

         Los chciał chyba spełnić moje marzenie podróży po Japonii. Trudno było się nie zgodzić na taką propozycje. Tym bardziej, ze Linie lotnicze zafundowały każdemu z nas pobyt w luksusowym hotelu all inclusive, trzy dni w Osace i trzy dni w Tokio, dodatkowo każdy z nas otrzymał kieszonkowe po 100 USD na każdy dzień pobytu w Japonii, oraz bilet na koleje japońskie. Ale prezent pieniężny nie ominął też naszego kapitana Wojtka Starck`a czekającego na kotwicy w Papeete. On też otrzymał rekompensatę 100 USD za każdy dzień czekania na swoją załogę. Kiedy po siedmiu dniach podróży witano nas na Tahiti w Papeete muzyką i wianiem z kwiatów. W bagażu z tygodnia japońskich wrażeń Kioto, Kobe, Tokio, Osaka, nieśliśmy dodatkowo w kieszeniach więcej pieniędzy aniżeli na starcie w Polsce. Podróżnicze marzenia, które się spełniają nie zawsze wymagają posiadania środków ale na pewno wymagają posiadania czasu .

Nie spiesz się kiedy lecisz na koniec Świata.

Jerzy Kostrzewa 2008 rok - spisane w 2011 roku

w Tokio... (fot. Jerzy Kostrzewa)

jeden komentarz

Lotniczy rekord - (1995 rok)

1995 rok - bez biletu w 12 godzin z Elbrusa i postsowieckiej Rosji do Szklarskiej Poręby


W piątek (kwiecień 2011) zadzwonił do mnie redaktor czasopisma Ławicy Marcin Januszkiewicz: „ Jerzy, czekamy na kolejną twoją opowieść lotniczą do naszego kącika globtrotera…”

I tak bez wielu poszukiwań w pamięci przypomniałem sobie mój powrót z Kaukazu w roku 1995 roku i swoisty rekord jaki dokonałem dzięki podróży lotniczej z postsowieckiej Rosji.


            Rzecz miała miejsce w środku lata 1995. W pierwszy piątek sierpnia o świcie, przy pięknym słońcu wspinałem się na najwyższy szczyt Kaukazu i Europy zarazem jakim jest Elbrus ( 5642 m npm).


Stoję na Elbrusie 4 sierpnia 1995 roku

Jeszcze tego samego dnia w pośpiechu zbiegałem po lodowcu do schroniska „Prijut 11” żeby już pod wieczór dotrzeć do podnóża masywu, do miejscowości Tierskoł. Pośpiech jaki mi towarzyszył miał tylko jeden cel: jak najszybciej wrócić do Polski i zdążyć do Szklarskiej Poręby na sobotni wieczór. Ponieważ w Bazie „Pod ponurą małpą” w Szklarskiej Średniej miałem zaśpiewać na koncercie podczas dorocznej Giełdy Piosenki Turystycznej. Już od lat sześćdziesiątych tradycyjnie w środku lata - co roku zbiera się tam brać śpiewająca piosenki wędrowne i poetyckie, a ja od zawsze nawet będąc daleko od kraju starałem się przyjechać na ten czas do Szklarskiej i być wśród śpiewających znajomych i przyjaciół. Tylko jak to zrobić kiedy jest piątek wieczór gdzieś wysoko w Kaukazie, a do Szklarskiej tysiące kilometrów? A na dodatek nie miałem żadnego szczegółowego planu powrotu, żadnej rezerwacji, żadnego biletu lotniczego !!! i zbyt wielu pieniędzy… jeszcze autobusy na najbliższe lotnisko koło masywu Elbrusa w Mineralnych Wodach przestały kursować w weekend.

            W sobotę rano stopem a potem taksówką docieram na lotnisko w Mineralnych Wodach. Mam tylko pomysł, aby pierwszym samolotem dolecieć do Moskwy a potem może jakoś dotrze się do Warszawy.... Lotnisko w Mineralnych Wodach w tym czasie przypominało dobrze strzeżoną twierdze, wokoło czołgi, liczne wojskowe kontrole. Bądź co bądź trwała wojna w pobliskiej Czeczenii a miejsce Mineralne Wody kojarzyło się tylko z porwaniami samolotów i zamachami… Brak biletu lotniczego, pozwoleń, wizy i polski paszport wcale mi nie pomagały w postsowieckim mieście, wręcz przeciwnie. Tylko system "bakczysz" i papierowe jednodolarówki otwierały mi bramy i usuwały przeszkody… w ostatnim momencie załapałem się na samolot lecący do Moskwy. Dziwny był to lot na pokładzie zdezelowanego starego „Iła". Wewnątrz kabiny zapach czosnku i cebuli. A jeszcze zadziwiający był tzw. podręczny bagaż miejscowych pasażerów o rysach kaukaskich górali. Wielu z nich w torbach na kolanach trzymało: a to np. indyka, a to jakaś „babinka” kosz pełen piskających przeraźliwie żółtych piskląt, a obok mnie mój sąsiad na fotelu wiózł do Moskwy w torbie -... jagnie! Jaka była radość , kiedy jedno z piskląt wymknęło się, a pasażerowie próbowali je złapać zaglądając pod fotele. Odniosłem też wrażenie, jakby większość tych kaukaskich pasażerów ucieka ze swoim dobytkiem od wojny czeczeńskiej, gdzieś do lepszego świata… tylko niestety nikt nie chciał ze mną za wiele rozmawiać, wszyscy się czegoś obawiali…

        Samolot szczęśliwie doleciał do stolicy na lotnisko Wnukowo. Było już południe i szansa na dotarcie tego samego dnia do Polski malała, a co dopiero dotrzeć na 20 godzinę do Szklarskiej Poręby. Okazało się że samoloty do Warszawy startują z innego moskiewskiego lotniska, a cena biletu dla mnie jako „innostranca” była niedostępna. Pozostawała podróż pociągiem lub…. W podróży bardzo często szczęście uśmiecha się do mnie w przeciwieństwie do tzw. „życia poprawnego tu w Poznaniu”. Los chciał, że i tym razem stał się cud. Na tablicy odlotów pojawił się napis 13.00 Praga – czarter !!! hmm przecież Praga leży ok. 100 km od Szklarskiej Poręby... Czarter do Pragi wiózł rosyjskich fanów mocnego uderzenia na koncert Roling Stons. Aby się dostać na samolot trzeba było wykupić od organizatorów całą wycieczkę do Pragi. Tzn. bilet wstępu na koncert, hotel i przelot. Na lotnisku organizatorzy chcieli ode mnie widząc że jestem obcokrajowiec bagatela 500 USD !!! Nie stać mnie było na ten luksus… ale w końcu moje pertraktacje z organizatorem zakończyły się otrzymaniem „Bording Paas” na lot do Pragi. Często wybierając się w podróż daleką mam przy sobie banknoty jednodolarowe. Bilet do Pragi otrzymałem pokazując szefowi wyjazdu, gruby plik 100 jednodolarówek… kiedy to zobaczył, uśmiechnął się tylko i zabrał wszystko, nawet ich nie licząc …

         Zadowolony z takiego obrotu wydarzeń siedząc już w poczekalni odlotów popijam rosyjski czaj. Czas odlotu niepokojąco zbliża się , ale nikt nie woła do samolotu . Kiedy zapytałem obsługę łamanym rosyjskim „ a gdie samoliet do Pragi? „ Pan w wielkiej czapie pokazał tylko na płytę lotniska: „a tam, właśnie jest gotowy do odlotu…”

„ - Coo!! Proszę coś zrobić ja mam bilet na ten lot.”

Pan oficer lotniskowy w wielkiej czapie chwycił za telefon. Za chwilę już schody wraz ze mną podjechały pod samolot. Kiedy wszedłem do środka maszyny i wyprostowałem się, wystające z plecaka kijki narciarskie zrobiły… dziurę w poszyciu sufitu. Stuardesa tylko zdążyła zakrzyczeć „Wnimanie, wnimanie!!!” a potem kazała plecak wrzucić do toalety, kwitując to krótkim „ eee problema niet” . Po czym przyniosła grubą srebrna taśmę i zakleiła dziurę…

        Pasażerowie tego lotu do Pragi różnili się bardzo od tych z Kaukazu. Dwa różne światy postsowieckiej Rosji. Piękne zadbane kobiety w ekskluzywnych nowobogackich szatach, a mężczyźni raczej przypominali z wyglądu dyskotekowych ochroniarzy spędzających całe dnie na siłowni. Tym razem „wesoły” samolot zionął alkoholem a pod fotelami walały się puste butelki szampanskoje…

         W centrum Pragi byłem już ok 16.00, ale pech chciał, że na dworcu autobusowym pomyliłem autobusy i zamiast na północ w kierunku Harahowa i Szklarskiej pojechałem na pn-wschód w kierunku Nachod oddalając się w ten sposób od mojego celu. Zorientowałem się o pomyłce dość późno w mieście Hradec Kralove. Natychmiast wysiadłem z autobusu i ku radości stojących taksówkarzy na rynku w Hradec zażyczyłem sobie ekspresowy przejazd do Polski . Za jedyne 50 marek niemieckich, kierowca dowiózł mnie dokładnie na 5 minut przed 20 na „ Bazę Pod Ponura Małpą” w Szklarskiej Porębie Średniej. Powitania z przyjaciółmi nie miały końca, tylko nikt nie chciał dać wiary, że jeszcze wczoraj o świcie stałem wysoko na najwyższej górze geograficznej Europy - Elbrusie (5642 m. npm), a przejazd na wariackich papierach z Kaukazu do Szklarskiej zajął mi mniej niż 12 godzin ! – czyż nie jest to globtroterski rekord świata?

Jerzy Kostrzewa przygoda z 1995 roku spisana jesienią 2011

poniżej: śpiewam w Bazie Pod Ponurą Małpą w Szklarskiej Porębie..

 

 

jeden komentarz

Przygoda na Alasce z 1994 roku

...wyobraź sobie, że można „zatrzymać samolot” w locie na twoje życzenie i jeszcze wsiąść do niego, jak na stopa …

W drodze na Mt. Mc Kinley 1994 r (fot. Jerzy kostrzewa)W drodze na Mt Mc Kinley na lodowcu Kahiltna - Alaska 1994 (fot. Jerzy kostrzewa)

         W 1994 roku wspinałem się na najwyższą górę Ameryki Północnej Mt. Mc Kinley. Była to już moja druga próba wejścia na tę lodową Piramidę. Pierwsza wyprawa w 1990 roku zakończyła się niepowodzeniem – ja i mój kolega musieliśmy wycofać się będąc zaledwie dzień drogi przed szczytem. Ale ten pierwszy wyjazd był dla mnie prawdziwą szkołą przetrwania w Arktyce. Wtedy nie mieliśmy pieniędzy na kosztowny czarter małego samolotu, który zabrał by nas w górę lodowca skracając drogę do szczytu, a potem odebrałby nas stamtąd. Dlatego szliśmy sto pięćdziesiąt a może więcej km z ogromnym balastem na plecach, pieszo przez tundrę, walcząc z wiosenną inwazją moskitów, pokonując rzekę McKinley i błądząc pomiędzy szczelinami lodowca Muldrow. Widzieliśmy tylko czasem przelatujące nad nami małe Cesny, prawdopodobnie spieszące odebrać wspinaczy z gór…

W stronę Mt. Mc Kinley - "wyprawa po czysty snieg" 1994 r.(fot. Jerzy kostrzewa)

         Po czterech latach kiedy wróciłem na Alaskę stać mnie już było na czarter. Mały jednosilnikowy samolot typu Cesna, przewiózł mnie i kolegę z osady Talketna w górę lodowca Kahiltna i zostawił na długie trzy tygodnie w lodzie i mrozie. Z tej wyprawy pamiętam kilka ciekawych „doświadczeń lotniczych”. Podczas jednego z biwaków wysoko (ponad 5000m.np.m ) w górach na grani West Buttres odpoczywałem popijając gorącą herbatę i nadsłuchując przez ręczną krótkofalówkę codziennych wieczornych komunikatów pogodowych. Jakież było moje zdziwienie kiedy nagle w eterze zabrzmiał słodki kobiecy głos „do you want some more hot tea, captain? „ ( czy więcej gorącej herbaty kapitanie ?) wszyscy wkoło na biwaku wybuchli śmiechem, tym bardziej, że temperatura powietrza na zewnątrz namiotu gdzie leżałem spadła głęboko poniżej - 20oC. W tym samym momencie ponad nami wysoko przelatywał pasażerski Boeing zmierzający prawdopodobnie z Anchorage w kierunku bieguna północnego a dalej być może do Europy. Prawdopodobnie kobiecy głos stewardesy dobiegł prosto z kokpitu pilotów tegoż samolotu. Potem wielokrotnie w zasięg naszej recznej radiostacji „wchodziły” rozmaite rozmowy pilotów…

         Ale ta mała krótkofalówka najwięcej przysłużyła się podczas powrotu z masywu Denali (indiańska nazwa Mt Mc Kinley`a) Zjeżdżaliśmy na nartach kolejny dzień i kolejną noc w dół. Nocą było najbezpieczniej – gdyż większy mróz trzymał mosty śnieżne nad szczelinami lodowca a przy białych nocach Arktyki nie trzeba było używać latarek. Zjazd ten był w tamtym czasie największym moim narciarskim wyczynem życia. Kiedy o świcie docieraliśmy do pierwszej bazy na lodowcu Kahiltna usłyszałem ostry hałas silnika lotniczego. A gdzieś wysoko na niebie pojawiła sie sylwetka jednosilnikowej Cesny . Tylko pomarzyć, żeby ten „pojazd” mógł zabrać nas stąd … a może jednak zawołać go ?....

…..Kilkakrotnie na wielu kanałach radia próbuje nawiązać kontakt z pilotem, którego samolot powoli oddalał się. W pewnym momencie jest!!!!!!!: -

- Hello tu Mark pilot z K2 Avation , co się dzieje?

- Tu Jerzy polski wspinacz, wracamy z Denali jest nas dwóch, jesteśmy na lodowcu Kahiltna powyżej bazy pierwszej czy może mógłbyś nas zabrać stąd? – odbiór…

- nie ma sprawy, zabiorę was ….

Po chwili mała sylwetka Cesny powróciła i zatoczyła ponad naszymi głowami wielkie koło. Pilot pomachał skrzydłami a przez radio podał, że wyląduje nieopodal na lodowcu. Zmęczeni po ponad trzech tygodniach mrozu, śniegu, sztormów i dwudniowym zjazdem na nartach już po niespełna godzinie grzaliśmy się w słońcu na trawie płyty lotniska w osadzie Talketna. I pomyśleć, że można „zatrzymać samolot” w locie na twoje życzenie i jeszcze wsiąść do niego…

Jerzy Kostrzewa 1994 rok

Info: 

Mt. McKinley albo inaczej Denali (6194 m npm) – najwyższa góra Ameryki Północnej,(leży na Alasce), góra ta ma największą wysokość względną na Ziemi.

Mt. Mc Kinley widziany od północy z okolic Wonder Lake 1994 rok (fot. Jerzy Kostrzewa) 

 

brak komentarzy

Lotnicze triki (1982 rok )

Triki, które się już nie powtórzą…

         Wiele zmieniło się w podróżach lotniczych Zmiana zasad bezpieczeństwa po zamachach z 11 września bezpowrotnie uniemożliwiła możliwości bycia tzw. anonimowym pasażerem. A wsiadanie do samolotu jak do pociągu tylko z ważnym biletem i bording passem stało się już tylko historią.. Dziś ostre kontrole w praktyce wykluczają taką sytuacje jaka przydarzyła mi się wiele lat temu…

         Był rok 82` ubiegłego stulecia. W Polsce stan wojenny. Mieszkałem wtedy w Monachium a mój pobyt na polskim (PRL-owskim) paszporcie nie należał do łatwych. Dokument ten w tamtych czasach nie był papierem dającym możliwość bezproblemowego przekraczania granic. Wręcz przeciwnie PRL-owski paszport stwarzał tylko problemy dla jego posiadacza. Dziś należy również przypomnieć, że dla każdego Polaka, który nie miał nic wspólnego z czerwonym reżimem powrót do kraju wiązał się zawsze z upokarzającym przesłuchaniem i zabraniem paszportu…

Wiosną 82 roku mój ulubiony zespół Simon i Garfunkel miał zagrać koncert w Berlinie Zachodnim na otwartej scenie Waldbuhne. To było jedno z moich muzycznych marzeń, zobaczyć amerykańskich idolów lat siedemdziesiątych na żywo. W tamtych czasach jak niewielu ze wschodu mogło być na takim koncercie. Ale jak dotrzeć z Monachium do Berlina kiedy po drodze należało przejechać przez dawne NRD. Obawiałem się, że jadąc autostopem tranzytem przez wschodnie Niemcy do wolnego miasta jakim był wtedy Berlin Zachodni mogę zostać przez NRD-owskich pograniczników natychmiast odesłany do Polski. Przecież w myśl panujących polskich przepisów byłem na zachodzie nielegalnie!!! A i w Niemczech też, gdyż moja wiza RFN- właśnie się skończyła.. Ratunkiem dla takich jak ja było dostać się do wolnego bezwizowy Berlina Zachodniego (będącego formalnie pod amerykańską, angielska i francuska kuratelą wojskową). Pozostawała tylko bezpieczna droga lotnicza ponad złowieszczym NRD, kosztowna ale być może w mojej sytuacji jedyna. Bilety z Monachium do Berlina były drogie. Najtaniej było z Hanoweru. Pojechałem autostopem. W latach osiemdziesiątych autostop w Niemczech Zachodnich był chyba najlepiej funkcjonująca formą podróżowania dla młodych ludzi. A niemieccy kierowcy byli dla mnie, przybysza ze wschodu zawsze wyjątkowo życzliwy. Być może pomagała mi w tym moja znajomość niemieckiego. Po popołudniem dotarłem na lotnisko w Hanowerze. W „ciemno” licząc na to że będzie jeszcze jakiś lot do Berlina. I nie myliłem się, były nawet wolne tanie miejsca. Miałem tylko obawy czy przy zakupie biletu nie poproszą mnie o paszport, w którym nie mam już wizy. Dla bezpieczeństwa poprosiłem przypadkowego młodego człowieka o kupienie na niego biletu do Berlina, zgodził się. Nota bene nie wiem czy w Polsce tak łatwo i szybko było by namówić kogoś na taką przysługę? I tak mając już w ręce nie swój Bording Pass wsiadłem do samolotu British Airways lecącego na lotnisko Tegel w Berlinie Zachodnim. W tamtych wolnych czasach po otrzymaniu Bording Pass i nadaniu bagażu na lotach wewnętrznych Europy nie było już żadnych kontroli dokumentów… najważniejszy był tylko ważny bilet….  

W ubiegłym tygodniu wracałem z dalekiej azjatyckiej podróży z moimi dziećmi przez lotnisko Frankfurt , mieliśmy kilka godzin czekania na kolejny lot do Poznania. Nie ukrywałem irytacji kiedy moje paszporty i bagaż i „bording pass” sprawdzany był wiele razy dokładnie i szczegółowo zanim dostaliśmy się na pokład samolotu. Wtedy wspomniałem moim dzieciom jak bezstresowo wsiadało się do samolotów w Europie w dawnych czasach…. pomimo, że byłem w Niej nielegalnie….

Jerzy Kostrzewa 1982 rok - spisane w 2011 r

Strony z mojego dziennika podróży z 1982 roku - bilet i wpis o koncercie Simona i Garfunkel`a

jeden komentarz

Wyobraż sobie , ze jest wojna i nikt na nią nie idzie (2014 r.)

lato 2014

....kiedyś w Santiago w Chile spotkałem przed sklepem muzycznym starszego pana - Niemca, czekał na dostawę nowych płyt z Berlina. Do Chile trafił jeszcze w latach 20 -tych , mówił po niemiecku tak jak jak moja śp. matka, która w młodości chodziła tylko do niemieckiej szkoły.  On nie znał II wojny światowej. ...Tylko słyszał , że jego tzw. rodacy wyrządzili Polakom wiele zła... Nie wiem dlaczego ale to spotkanie przypomniałem sobie dziś - i tak myślę, że wtedy w czasie europejskiej zagłady wojennej ludzie w Argentynie, Chile, Brazylii żyli dobrze i ...sielsko, a to co działo się za Oceanem było dla ich mieszkańców jak zła opowieść tylko opowieść, zły daleki sen .... Dziś, tuż tuż po za Europą toczy się wojna i to niejedna (Ukraina, Irak , Gaza, Somalia...) wojna równie okrutna jak ta sprzed 70 lat ale nam tu w Europie i nareszcie w Polsce żyje się tak sielsko, jak kiedyś może w Ameryce Południowej, nie zdajemy sobie sprawy jak dobrze .... planujemy dalekie wyprawy , latamy na plaże Turcji, Hiszpanii , Grecji, mamy co jeść i wyszukujemy sobie tylko problemy, własne problemy.... a tuż obok nas może już trochę więcej niż 1000 km , ludzie przeżywają koszmar życia, prawdziwy koszmar - trudno przejść obok tego tak obojętnie....Planuję dalej wyjazdy dla moich grup i wierzę , że ta nasza "bezpieczna, bogata , zamożna normalność" będzie silniejsza .... doceńmy dar pokoju - to co mamy w rękach, ale pomóżmy tym co są w stanie wojny choćby tym, że pomyślimy o tym co się tam dzieje ... a "myśl" jest już energią, inteligentną energią, która może czynić cuda - to - takie moje słowo na dobranoc ...

Jerzy kostrzewa lato 2014

2 komentarze

Wstęp do BLOGA

...jeśli masz dach nad głową , łóżko do spania, ubranie, trochę pieniędzy w kieszeni i jedzenie w lodówce... to i tak jesteś bogatszy w sensie materialnym niż 70 % ludzi na Ziemi ...doceń to ....

...Przez ostatnie lata spisywałem moje podróżnicze obserwacje i refleksje głównie na profilu facebookowym. Chciałbym niektóre te wpisy przypomnieć tu na blogu. Bedzie też kilka starych opowiadań lotniczych. Zapraszam do lektury...

... zaczynam tzw. "BLOG" i przyznam się, że to pojęcie było dla mnie obce, mało zrozumiałe i ... za bardzo internetowe i "nowoczesne" - ale cóż czasy rewolucji informatycznej w których żyjemy przynoszą nam nowe angielskie pojęcia jak właśnie "blog" z którym przyszło nam się oswajać. Dawniej ten rodzaj tekstów można było nazwać po prostu dziennikiem podróży czy pamiętnikiem. Teraz w "sieci" tzw. "blog"  ma pomóc podzielić się na bieżąco z tym co dzieje się wokół nas podczas podróży czy wypraw trekkingowych. Może to dobry sposób szybkiego utrwalania upływajacych zdarzeń i czasu i świetny sposób komunikowania się z tymi którzy na chwilę tu bedą zaglądać ....

Jeszcze w piątek tkwiłem w korkach ulicznych Jakarty spiesząc na lotnisko aby wrócić do Polski a  juz dziś w Poznaniu zaczynam bardzo nieśmiało pisać mój pierwszy w życiu blog.

zapraszam cdn.

Jerzy Kostrzewa - 18 maj 2015